captcha image

A password will be e-mailed to you.

Oto naukowy przegląd domniemanych afrodyzjaków. Czy działają? To bywa dyskusyjne. Bezdyskusyjne jest natomiast to, że niektóre z nich mogą zaszkodzić.

Ostrygi, truskawki z czekoladą, bufotenina, hiszpańska mucha – czy działają? Fot. mcamcamca/Flickr/Popo le Chien/Franco Christophe/Wikimedia

Afrodyzjaki rozbudzają ludzką wyobraźnię oraz… nadzieję od wielu wieków. W tej roli miały się sprawdzać najróżniejsze surowce: od krwi kobry, przez genitalia tygrysa, aż po substancję wydzielaną przez kaszaloty w czasie niestrawności. W zasadzie, nie ma chyba takiej rzeczy, której człowiek nie spróbował, by poprawić swoje doznania seksualne. Ale ile z tych produktów faktycznie działa? A jeśli działają – to w zasadzie na co?

Co jest afrodyzjakiem?

Zanim przejdziemy dalej, odpowiedzmy sobie na pytanie – czym są afrodyzjaki, a czym nie są. Powinny to być substancje, które pobudzają libido, czyli popęd seksualny, żądzę [1]. Pożądanie jest bardzo złożonym doznaniem, na które wpływają liczne mechanizmy fizjologiczne, psychologiczne oraz społeczne. Wiemy na pewno, że popęd podlega regulacji niektórych hormonów (na przykład, testosteronu u obojga płci) oraz neuroprzekaźników (zwłaszcza dopaminy), a także – iż jednym z regionów mózgu, które zawiadują popędem jest jądro półleżące [2].

Ale cóż z tej naszej wiedzy wynika? To, czy dana osoba odczuwa w konkretnym momencie pożądanie, uzależnione jest od całej palety zmiennych: od relacji z partnerem, od statusu społecznego, od odczuwanego stresu, od sytuacji rodzinnej, ekonomicznej, zawodowej; od stopnia zmęczenia, od stanu zdrowia. I tak dalej, i tak dalej.

Co nie jest afrodyzjakiem?

A zatem – czy skuteczny afrodyzjak jest w stanie oddziaływać na wszystkie powyższe czynniki: jedne wyciszając, inne wzmacniając, tak, by ostatecznie wywołać u danego człowieka popęd seksualny? Jasne – powiecie – przecież wystarczy spojrzeć, jak działa sildenafil (znany raczej pod jedną ze swoich nazw handlowych jako Viagra) [3].

No właśnie – nie do końca. Sildenafil nie powinien być traktowany jako afrodyzjak, ponieważ nie oddziałuje na poczucie pożądania, lecz raczej na jeden z jego zewnętrznych objawów, i to tylko u mężczyzn. Viagra pobudza jedynie „mechaniczną” reakcję organizmu i należy ją uważać za lek na zaburzenia erekcji, a nie za typowy afrodyzjak [3, 4].

Istnieje również szereg środków farmakologicznych, które stosowane są przy zaburzeniach libido, ale trudno je w pełni uznać za afrodyzjaki, ponieważ działają tylko w ściśle określonych okolicznościach albo tylko na niektóre składowe pożądania. Przykładowo, bupropion jest antydepresantem, który znosi spadek libido wywołany innymi lekami stosowanymi u pacjentów z depresją [5, 6]. Jednakże, podany zdrowym osobom nie pobudza wcale popędu seksualnego.

Być może jeszcze lepszym przykładem środka, który nie powinien być traktowany jako typowy afrodyzjak, jest tak zwana viagra dla kobiet, czyli flibaseryna, o której kilka lat temu było dość głośno. Związek ten może być stosowany u pacjentek, u których zdiagnozowano hipolibidemię (HSDD – hypoactive sexual desire disorder) i działa na podobnej zasadzie jak antydepresanty [7, 8]. Jednakże, u kobiet, u których stosunek serotoniny oraz dopaminy jest względnie prawidłowy, „viagra dla kobiet” nie wywołuje efektu libidotwórczego. Co więcej, kobiety, które stosowały środek potwierdziły wzrost liczby „satysfakcjonujących wydarzeń seksualnych” (SSE – satisfying sexual events), ale efekt ten dotyczył jedynie 0,5 SSE na miesiąc i zaczynał się pojawiać dopiero po 4 tygodniach stosowania leku w dawce 100 mg dziennie [9].

Uczestniczki określały swój ogólny poziom poczucia poprawy z zastosowanego leczenia jako „niski” lub „żaden”, zaś ogólna jakość dowodów dostarczonych przez badania została przez specjalistów publikujących w JAMA uznana za „niską” [9]. Okazało się również, że przyjmowanie flibaseryny wiąże się z dużym ryzykiem zawrotów głowy, senności oraz nudności, zaś połączenie jej z niewielką nawet dawką alkoholu może powodować bardzo groźne spadki ciśnienia krwi i omdlenia (do tego stopnia, że środek ten mogą w USA przepisywać jedynie certyfikowani specjaliści, których zadaniem jest między innymi „ocena prawdopodobieństwa, że pacjentka będzie rzetelnie powstrzymywała się od spożywania alkoholu”) [10].

„Naturalne afrodyzjaki” pochodzenia roślinnego i zwierzęcego

Pomimo powyższych uwag, internet jest wprost przepełniony listą rzekomych afrodyzjaków. Ale czy one naprawdę działają? W jaki sposób mają one wpływać na naszą fizjologię, w tym – na popęd? Przyjrzyjmy się najczęściej wymienianym przykładom.

            Najczęściej wymienianymi „afrodyzjakami” pochodzenia roślinnego są [1]:

  • czekolada, kakao (pozyskiwane z kakaowca właściwego, Theobroma cacao),
  • johimbina (pozyskiwana z johimby lekarskiej, Pausinystalia johimbe),
  • „miód obłędu” (mad honey, czyli produkt zawierający grajanotoksyny, pozyskiwany z pyłku i nektaru roślin z rodzajów: RhododendronAgarista, Pieris oraz Kalmia),
  • żeń-szeń, czyli wszechlek (pozyskiwany z roślin będących przedstawicielami rodzaju Panax, na przykład: Panax ginseng).

Zaś wśród produktów pozyskiwanych od zwierząt królują [1]:

  • kantarydyna (środek wydzielany przez „hiszpańską muchę”, czyli przez chrząszcza pryszczela lekarskiego, znanego również jako kantaryda; Lytta vesicatoria),
  • bufotenina (toksyna pozyskiwana z gruczołów skórnych ropuch z rodzaju Bufo),
  • ostrygi.

Wierzenia kontra dowody

Powyższą listę rzekomych afrodyzjaków można by ciągnąć jeszcze przez wiele stronic, ponieważ efekt libidotwórczy tych substancji deklarowany jest przez całą masę źródeł. Tylko co się kryje za tymi deklaracjami i na czym się one opierają? Niestety, badania naukowe pokazują, że… w zasadzie, na niczym.

Gdy wzięto pod uwagę faktyczną wartość dowodów klinicznych i/lub obszerne prace przeglądowe, okazało się, że efekt libidotwórczy nie został potwierdzony. Badacze wzięli pod lupę „afrodyzjaki” stosowane w Ayurvedzie [11], w medycynie tradycyjnej [12], w tradycji Wschodu i Zachodu [1, 13]. I nic.

W większości przypadków na pierwszy plan wysuwały się raczej problemy z dozowaniem, bezpieczeństwem i regulowaniem tych środków, natomiast w kwestii ich skuteczności konkludowano zwykle, iż „obecne dowody nie potwierdzają zasadności użycia jakiegokolwiek naturalnego afrodyzjaku” [13].

„TYLKO” NIE DZIAŁAJĄ

Czekolada

Fot. Popo le Chien/Wikimedia

W odniesieniu do części „znanych afrodyzjaków” wykazano „tylko” brak działania. Tak było na przykład w odniesieniu do czekolady. Tak, wiem – Aztekowie nazywali produkty pozyskane z kakaowca „pokarmem bogów”, a Montezuma żywił się nimi obficie przed wkroczeniem do swojego haremu [14].

Niestety, mimo iż niektórym składnikom kakao przypisywano możliwe działanie libidotwórcze [15], badania przeprowadzone w warunkach rygorystycznej metodyki naukowej nie potwierdziły tego efektu [16].

Ostrygi

Jeszcze ciekawiej robi się w przypadku ostryg. Niby „wszyscy” wiedzą, że są one afrodyzjakiem, ale gdy się sprawie bliżej przyjrzeć, okazuje się, że tak naprawdę nie wie o tym nikt. Dosłownie – nikt. Nie przeprowadzono ani jednego badania typu RCT (randomized control trial – randomizowane badanie z grupą kontrolną), które wykazałoby, że ostrygi mogą działać libidotwórczo [1].

Owszem, wiemy, że zawierają one w swoim składzie cynk, który jest potrzebny do spermatogenezy [1], ale prawidłowa produkcja plemników a wysokie libido to jednak nie to samo i należałoby temat nieco dogłębniej zbadać, zanim zaczniemy mówić: „to działa”.

NIE DZIAŁAJĄ NA POŻĄDANIE I MOGĄ BARDZO ZASZKODZIĆ

Johimbina

Istnieje również druga grupa rzekomych afrodyzjaków. Należą do niej substancje, które wprawdzie mają „jakieś” działanie, ale ewentualne efekty pożądane są znacznie mniejsze niż skutki uboczne. Taki stan rzeczy zanotowano chociażby w odniesieniu do johimbiny.

Owszem, swego czasu bardzo interesowano się tą substancją [17], ponieważ zwiększała popęd seksualny u szczurów, ale okazało się, że u ludzi nie do końca się sprawdza, zwłaszcza, że mechanizm jej działania sprowadza się do ogólnej stymulacji adrenergicznej, co oznacza, że zażycie substancji wiąże się z dużym ryzykiem nadciśnienia, tachykardii, skurczu oskrzeli, z kołataniem serca, z bezsennością, dreszczami, bólem głowy, a także z zaburzeniami lękowymi i wieloma innymi – groźnymi objawami [18].

Wszystkie niepożądane działania oraz skutki uboczne sprawiły, że NIH (National Institute of Health) radzi unikać preparatów johimbiny – szczególnie u pacjentów ze schizofrenią, depresją czy objawami lękowymi [19]. Johimbina u kobiet nie działa wcale (nie przewyższa efektu placebo), natomiast w przypadku mężczyzn – najbardziej optymistyczne współczesne prace przeglądowe konkludują, że wyniki dotyczące jej stosowania są „sprzeczne”, w związku z czym preparat ten „obecnie nie jest zalecany” [20].

Kantarydyna – substancja z „hiszpańskiej muchy”

Lytta vesicatoria, czyli “hiszpańska mucha” zawiera kantarydynę. Fot.
Franco Christophe

Wśród omawianych dziś przeze mnie „afrodyzjaków” kantarydyna jest chyba owiana największą legendą. Prawdopodobnie dlatego, że jest ona tak silną toksyną, iż w przeciwieństwie do większości naturalnych środków, efekt jej przyjmowania jest „odczuwalny”. Ale na czym polega to odczucie? Substancja pozyskana z „hiszpańskiej muchy” nie wpływa na pożądanie, natomiast powoduje silne pieczenie genitaliów, a przede wszystkim cewki moczowej i dalszych odcinków dróg moczowych. Pieczenie spowodowane jest przede wszystkim przekrwieniem wspomnianych okolic (kantarydyna działa inhibicyjnie na fosfodiestrazy i fosfatazy białkowe) oraz wywoływaniem w nich… stanu zapalnego [21].

Pominę już kwestię tego, jakim cudem powyższe działania mogą być uznawane za przyjemne, bo odczucia (zwłaszcza w sferze seksu) to rzecz bardzo subiektywna. Dodam natomiast, że kantarydyna może wywoływać również bolesne pieczenie ust i gardła, relatywnie często prowadzi do infekcji układu moczowo-płciowego, krwiomoczu, zaś w cewce moczowej wywołuje zniszczenia prowadzące do bliznowacenia.

Ponadto, jeśli zostanie spożyta w nadmiernej ilości (a trudno ustalić nie-nadmierną ilość), doprowadzi do niewydolności nerek, krwotoków z przewodu pokarmowego, a nawet do śmierci [22, 23]. Niezbyt sexy.

Bufotenina – toksyna z ropuchy

Bufotenina to jeden z największych zbirów wśród substancji stosowanych jako afrodyzjaki. Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA – Food and Drug Administration) zakazała spożycia tej substancji w jakiejkolwiek postaci, a mimo to – jest ona nadal stosunkowo popularnym składnikiem wielu domowej roboty afrodyzjaków i halucynogenów [13].

Ropucha koloradzka (Bufo alvarius), która w jadzie ma.
bufoteninę. Fot. mcamcamca/Flickr

To właśnie połączenie powszechności jej występowania z bardzo poważnymi konsekwencjami dla zdrowia sprawia, że bufotenina powinna być traktowana jako wróg numer jeden świata erotyki. Wykazuje ona działanie psychoaktywne i zanotowano liczne przypadki zatrucia tą substancją, a także co najmniej jeden potwierdzony oficjalnie (czyli taki, w którym udowodniono, że bufotenina była bezpośrednią przyczyną zgonu) przypadek śmiertelny [24]. O mężczyźnie, który zmarł po spożyciu afrodyzjaku „Stone” („Kamień”), zawierającym bufoteninę, było dość głośno w 2015 roku i mogliście o tym przypadku przeczytać nie tylko w publikacjach naukowych, ale też w prasie [25].

„Miód obłędu”

O ile miód wytwarzany przez pszczoły po prostu nie działa jako afrodyzjak, o tyle „miód obłędu” zawierający grajanotoksyny może wyrządzić krzywdę. Substancja ta sprzedawana jest przede wszystkim na wybrzeżu Morza Czarnego (zwłaszcza na wybrzeżu tureckim), gdzie oferowana jest zakochanym parom, a szczególnie nowożeńcom. Oczywiście, współcześnie internet sprawia, że nie tylko bywalcy tego regionu mają dostęp do substancji.

Tym gorzej, bo grajanotoksyny aktywują neuronalne kanały jonowe, co prowadzi do ciągłej stymulacji nerwu błędnego. To oznacza, że w niskich dawkach związki te wywołują niedociśnienie i bradykardię, zaś w nieco wyższych – omdlenia, bloki komorowo-przedsionkowe i asystolię (zatrzymanie czynności elektrycznej serca) [26].

Poza wymienionymi powyżej skutkami spożycia „miodu obłędu” w publikacjach naukowych można znaleźć opisy przypadków ze szczegółową analizą następstw przyjęcia doustnego. Jeden z nich opisuje małżeństwo, u którego w tym samym momencie doszło do zawału mięśnia sercowego, ponieważ oboje spożyli „miód obłędu” [27].

MOŻLIWE, ŻE DZIAŁAJĄ

Żeń-szeń

Wszechlek – o ile pozyskany we właściwy sposób i z właściwego surowca (z odpowiednio suszonej, 6-letniej rośliny) – może oddziaływać na wiele układów organizmu. Jednym z jego deklarowanych działań jest zmniejszanie dolegliwości związanych z zaburzeniami erekcji.

Żeń-szeń

Uważa się, że mechanizm jego działania polega na uwalnianiu tlenku azotu z mięśni gładkich ciała jamistego, co ułatwia erekcję [28]. W tym kontekście żeń-szeń jest jednym z bardzo niewielu „naturalnych afrodyzjaków”, który pomyślnie przeszedł badania oparte na podwójnie ślepej próbie, w jakich wypadł lepiej niż placebo [29]. Aczkolwiek, postuluje się wykonanie dodatkowych badań, uwzględniających porównanie wielkości przyjmowanej dawki oraz zakładających wykorzystanie wystandaryzowanego placebo [1].

Żeń-szeń jest stosunkowo dobrze tolerowany, chociaż wszystko zależy od przyjmowanej dawki. Przy standardowym spożyciu jego działania niepożądane ograniczają się do objawów żołądkowo-jelitowych, jednak może kolidować z przyjmowanymi lekami przeciwzakrzepowymi i powinien być odstawiany najpóźniej na tydzień przed wszelkimi zabiegami chirurgicznymi. Dodatkowo, “wszechlek” wywołuje efekt estrogenowy, co często sprawia, że zalecany jest kobietom w wieku menopauzalnym, aczkolwiek należy pamiętać, że efekt ten może pobudzać wzrost hormonozależnych nowotworów (na przykład, niektóre typy raka piersi i raka gruczołu krokowego) [30].

Podsumowując, żeń-szeń wydaje się być jednym z nielicznych przedstawicieli „apteki natury”, który może wywoływać pozytywne efekty, a jednocześnie – skutki uboczne jego stosowania nie występują często.

Należy jednak pamiętać o kilku zastrzeżeniach. Po pierwsze, przy środkach tego typu bardzo trudno ustalić jest poprawne dawkowanie oraz przewidzieć interakcje z innymi lekami i substancjami. Po drugie zaś, ponieważ “wszechlek” wchodzi raczej w skład suplementów, a nie leków, niezwykle trudno jest kontrolować dawkę i jakość surowca pierwotnego.

Oznacza to, iż przyjmując żeń-szeń musicie brać poprawkę na to, że nie ma pewności, jaki gatunek rośliny trafia do Waszych ust, czy to na pewno żeń-szeń, w jaki sposób i jak długo był uprawiany, jak suszony i wreszcie – w jakich warunkach odbywała się produkcja i dystrybucja preparatu. Te wszystkie składowe w przypadku leków są ściśle kontrolowane, natomiast w przypadku suplementów – nie.

Inne substancje

Jak widać, lista naturalnych afrodyzjaków, które „być może działają” nie jest zbyt długa. Wynika to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, większość tych substancji nie działa libidotwórczo, ani też nie poprawia mechanicznych aspektów popędu, takich jak wzwód. Druga przyczyna to brak wystarczających danych. Owszem, na temat wielu substancji można znaleźć pojedyncze badania, jednak tutaj potrzebne są wspomniane już RCT i obszerne metaanalizy uwzględniające restrykcyjną metodykę i wiele zmiennych na raz.

Co więcej, w odniesieniu do wielu produktów nie wykonano ani jednych porządnych badań, które potwierdziłyby skuteczność i tak naprawdę nie wiadomo, skąd wzięły się zapewnienia dotyczące ich rzekomego działania. Bo przypomnę, że „mnie pomogło” albo „moja babcia stosowała to od lat” to za mało na gruncie naukowym. Przede wszystkim dlatego, że nawet jeśli jakiś produkt działa na Was na zasadzie placebo, w badaniach klinicznych musi on dowieść, że działa lepiej niż placebo. Nie zapominajmy jednak, że jest też druga strona medalu…

A może jednak działają?

Na samym początku artykułu pisałam, że poczucie pożądania to bardzo złożony proces, w który zaangażowane są liczne czynniki. Owszem, znajdują one odzwierciedlenie w naszej fizjologii, ale mogą brać początek we wspomnianych już czynnikach psychologicznych czy społecznych.

Co to oznacza? Otóż, wyobraźmy sobie, że Kamil i Justyna zawsze, gdy zamierzają spędzić ze sobą „wyjątkowy wieczór”, kupują truskawki, zanurzają je w roztopionej czekoladzie, a następnie – karmią się nim nawzajem. Czy te produkty (truskawki, czekolada) mają dowiedziony w warunkach laboratoryjnych wpływ na popęd seksualny? Nie. Ale to nie znaczy, że na Kamila i Justynę nie podziałają one pobudzająco. Sam fakt zapewnienia sobie szczególnej oprawy, spożywanie produktu, który jednoznacznie kojarzy im się z intymnością i przyjemnymi doznaniami, może podziałać libidotwórczo.

Wcale nie dlatego, że wymienione produkty mają w swoim składzie coś, co pobudza pożądanie, lecz z zupełnie innych powodów. Podobne działanie mogą wywoływać ostrygi lub inne pokarmy, które spożywamy rzadko, których smak lubimy i które kojarzymy z intymną scenerią.

Zdaje się zatem, że każda para musi poszukać własnych sposobów na podniesienie temperatury w związku. Jeśli natomiast w sferze seksualnej występują rzeczywiste problemy, należy się z nimi zgłosić do specjalisty. Badania naukowe uczą nas, by nie leczyć się na własną rękę i by nie robić tego za pomocą „cudownych specyfików”. Skierowanie swoich kroków do profesjonalisty będzie skuteczniejsze. I z całą pewnością – bezpieczniejsze.

Bibliografia

  1. West, E., & Krychman, M. (2015). Natural aphrodisiacs—a review of selected sexual enhancers. Sexual medicine reviews, 3(4), 279-288.
  2. Fisher, H. E., Aron, A., & Brown, L. L. (2006). Romantic love: a mammalian brain system for mate choice. Philosophical Transactions of the Royal Society of London B: Biological Sciences, 361(1476), 2173-2186.
  3. Goldstein, I., Burnett, A. L., Rosen, R. C., Park, P. W., & Stecher, V. J. (2018). The Serendipitous Story of Sildenafil: An Unexpected Oral Therapy for Erectile Dysfunction. Sexual medicine reviews.
  4. Vardi, M., & Nini, A. (2007). Phosphodiesterase inhibitors for erectile dysfunction in patients with diabetes mellitus. Cochrane Database of Systematic Reviews, (1).
  5. Serretti, A., & Chiesa, A. (2009). Treatment-emergent sexual dysfunction related to antidepressants: a meta-analysis. Journal of clinical psychopharmacology, 29(3), 259-266.
  6. Stahl, S. M., Pradko, J. F., Haight, B. R., Modell, J. G., Rockett, C. B., & Learned-Coughlin, S. (2004). A review of the neuropharmacology of bupropion, a dual norepinephrine and dopamine reuptake inhibitor. Primary care companion to the Journal of clinical psychiatry, 6(4), 159.
  7. Borsini, F., Evans, K., Jason, K., Rohde, F., Alexander, B., & Pollentier, S. (2002). Pharmacology of flibanserin. CNS drug reviews, 8(2), 117-142.
  8. Jolly, E., Clayton, A., Thorp, J., Lewis-D’Agostino, D., Wunderlich, G., & Lesko, L. (2008). T09-P-05 Design of Phase III pivotal trials of flibanserin in female Hypoactive Sexual Desire Disorder (HSDD). Sexologies, 17, S133-S134.
  9. Jaspers, L., Feys, F., Bramer, W. M., Franco, O. H., Leusink, P., & Laan, E. T. (2016). Efficacy and safety of flibanserin for the treatment of hypoactive sexual desire disorder in women: a systematic review and meta-analysis. JAMA internal medicine, 176(4), 453-462.
  10. Schulte, B., Dennis, B. (2015). FDA approves controversial drug for women with low sex drives. The Washington Post, 18.08.2015.
  11. Chauhan, N. S., Sharma, V., Dixit, V. K., & Thakur, M. (2014). A review on plants used for improvement of sexual performance and virility. BioMed research international, 2014.
  12. Bella, A. J., & Shamloul, R. (2014). Traditional plant aphrodisiacs and male sexual dysfunction. Phytotherapy research, 28(6), 831-835.
  13. Shamloul, R. (2010). Natural aphrodisiacs. The journal of sexual medicine, 7(1), 39-49.
  14. Lippi, D. (2009). Chocolate and medicine: Dangerous liaisons?. Nutrition, 25(11-12), 1100-1103.
  15. Bianchi-Demicheli, F., Sekoranja, L., & Pechere, A. (2013). Sexuality, heart and chocolate. Revue médicale suisse, 9(378), 624-629.
  16. Salonia, A., Fabbri, F., Zanni, G., Briganti, A., Fantini, G. V., Lognhi, E., & Montorsi, F. (2005). Chocolate and women’s sexual health. An intriguing correlation. The Journal of Sexual Medicine, 2, 31.
  17. Ernst, E., & Pittler, M. H. (1998). Yohimbine for erectile dysfunction: a systematic review and meta-analysis of randomized clinical trials. The Journal of urology, 159(2), 433-436.
  18. Shindel, A. W., Xin, Z. C., Lin, G., Fandel, T. M., Huang, Y. C., Banie, L., & Lue, T. F. (2010). Erectogenic and neurotrophic effects of icariin, a purified extract of horny goat weed (Epimedium spp.) in vitro and in vivo. The journal of sexual medicine, 7(4pt1), 1518-1528.
  19. National Institute of Health (2016). National Center for Complementary and Alternative Medicine. Herbs at a glance: Yohimbe. 08.2016
  20. Andersson, K. E. (2011). Mechanisms of penile erection and basis for pharmacological treatment of erectile dysfunction. Pharmacological reviews, 63(4), 811-859.
  21. Sandroni, P. (2001). Aphrodisiacs past and present: a historical review. Clinical Autonomic Research, 11(5), 303-307.
  22. Tagwireyi, D., Ball, D. E., Loga, P. J., & Moyo, S. (2000). Cantharidin poisoning due to “Blister beetle” ingestion. Toxicon, 38(12), 1865-1869.
  23. Karras, D. J., Farrell, S. E., Harrigan, R. A., Henretig, F. M., & Gealt, L. (1996). Poisoning from “Spanish fly”(cantharidin). The American journal of emergency medicine, 14(5), 478-483.
  24. Centers for Disease Control and Prevention (CDC. (1995). Deaths associated with a purported aphrodisiac–New York City, February 1993-May 1995. MMWR. Morbidity and mortality weekly report, 44(46), 853.
  25. Sifferlin, A. (2015). Man Dies After Ingesting Toad Venom Aphrodisiac. Time, 4.11.2015
  26. Jansen, S. A., Kleerekooper, I., Hofman, Z. L., Kappen, I. F., Stary-Weinzinger, A., & van der Heyden, M. A. (2012). Grayanotoxin poisoning:‘mad honey disease’and beyond. Cardiovascular toxicology, 12(3), 208-215.
  27. Yarlioglues, M., Akpek, M., Ardic, I., Elcik, D., Sahin, O., & Kaya, M. G. (2011). Mad-honey sexual activity and acute inferior myocardial infarctions in a married couple. Texas Heart Institute Journal, 38(5), 577.
  28. De Andrade, E., De Mesquita, A. A., de Almeida Claro, J., De Andrade, P. M., Ortiz, V., Paranhos, M., … & Erdogrun, T. (2007). Study of the efficacy of Korean Red Ginseng in the treatment of erectile dysfunction. Asian journal of andrology, 9(2), 241-244.
  29. Jang, D. J., Lee, M. S., Shin, B. C., Lee, Y. C., & Ernst, E. (2008). Red ginseng for treating erectile dysfunction: a systematic review. British journal of clinical pharmacology, 66(4), 444-450.
  30. Lee, Y., Jin, Y., Lim, W., Ji, S., Choi, S., Jang, S., & Lee, S. (2003). A ginsenoside-Rh1, a component of ginseng saponin, activates estrogen receptor in human breast carcinoma MCF-7 cells. The Journal of steroid biochemistry and molecular biology, 84(4), 463-468.

3
Dodaj komentarz

avatar
 
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
KubaEmkaLolol Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lolol
Gość
Lolol

No bo, jak kobieta połknie ostrygę to połknie wszystko xD

Emka
Gość
Emka

Trzeba mieć naprawdę specyficzną konstrukcję mózgową, żeby pod tak ciekawym tekstem napisać taki komentarz…

Kuba
Gość
Kuba

Ostrygi, czekolada i tym podobne jakoś nigdy na mnie nie działały, teraz wiem dlaczego. To pewien mit, związany zapewne z odczuciami podczas ich spożywania. Jedyne naprawdę działające afrodyzjaki pochodzenia roślinnego, jakie znam, to alkohol (działa w dość umiarkowanym stopniu jako afrodyzjak, ale niezaprzeczalnie działa) oraz marihuana, która jest bardzo silnym afrodyzjakiem. Spożycie nawet niewielkiej ilości powoduje ogromny apetyt na sex, a i doznania podczas niego są wyjątkowo mocno podbite.

Szkoda, że nic na ten temat w tekście nie napisano, w końcu od niedawna jest to (przynajmniej w teorii) w Polsce legalny lek.

Nie ma więcej wpisów