captcha image

A password will be e-mailed to you.

Wypowiedź Andrzeja Dudy na temat szczepień wywołała potężne oburzenie. Nic dziwnego – prezydent Polski powiedział: „Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych”. I nie jest to wypowiedź wyrwana z kontekstu, jak niektórzy mogą twierdzić. Tu można jej wysłuchać w całości:

[edit] Wobec zarzutów, że odpowiedź prezydenta jest „wyrwana z kontekstu” – dla chętnych cała wypowiedź dotycząca koronawirusa oraz szczepień. Ostrzegam – długa. Do odsłuchania pod tym linkiem.

Później Andrzej Duda twierdził na Twitterze, że miał co innego na myśli.

Powiedział jednak to, co powiedział i właśnie do tego chciałbym się odnieść. Jak wiecie, niechętnie piszemy o polityce i politykach, chyba, że wkraczają na obszar nauki. Tak właśnie zrobił Andrzej Duda. Oczywiście przed nim na ten temat mówiło wielu polityków, ale tu mamy do czynienia z wypowiedzią głowy państwa.

Zdaję sobie sprawę z tego, że pod wypowiedzią prezydenta podpisałoby się sporo osób. Nic dziwnego – nie lubimy obowiązku, przymusu, narzucanych nam przepisów. Oczywiście można długo rozmawiać o tym, że obowiązki to część życia w społeczeństwie, że coś trzeba robić, a czegoś robić nie wolno, żeby cały system działał. Na przykład zapinać pasy w samochodzie i przystawać na czerwonym świetle. To jednak niektórych nie przekona.

Szybko pojawia się argument, że nie wszędzie szczepienia są obowiązkowe. Że w wielu krajach europejskich (trzymajmy się warunków zbliżonych do polskich) nie trzeba szczepić dzieci. Dlaczego więc w Polsce istnieje taki obowiązek?

Kwestia odpowiedzialności

Odpowiedź na to pytanie idzie w dwóch kierunkach. Jeden, bardziej „miękki”, dotyczy czegoś, co można nazwać mentalnością.

W tej kwestii poprosiłem o komentarz dr. Krzysztofa Krzysztofa z Ulster University Faculty of Arts, Humanities & Social Sciences:

Stanowisko wobec obowiązku szczepień jest mylące dla wielu i wciąż wykorzystywane przeciwko naszej populacji przez różnej maści spryciarzy. Tak zwany Zachód, a dokładnie państwa o profilu protestanckim, inaczej podchodzi do tego obowiązku. Ów obowiązek tylko pozornie tam nie istnieje. Różnica między Polską a takimi państwami jak np. Holandia polega na różnicach w rozumieniu etyki pracy, wykształconych w okresie rewolucji przemysłowej i później.

Owszem, żyjąc w tych krajach, możesz nie szczepić siebie i swoich dzieci, jednak musisz się liczyć z konsekwencjami: niemożnością zatrudnienia w branżach takich jak gastronomiczna, wyższymi ubezpieczeniami czy brakiem dostępu dla twoich dzieci do lepszych szkół lub wyjazdów szkolnych. Szpitale mogą odmówić skomplikowanych operacji osobom, których członkowie rodzin nie szczepią się, aż do momentu, gdy będzie pewność, że członkowie tych rodzin nie zakażą pacjenta osłabionego operacją. Lekarze mogą też nie dopuścić bliskich do takiej osoby po operacji.

Mity, jakie przybyły do Polski na temat domniemanego braku szczepień obowiązkowych na tak zwanym Zachodzie, wzięły się najprawdopodobniej z opowieści pracowników sezonowych, zatrudnianych przez szemrane firmy, lub mieszkańców gett, którzy mają bardzo ograniczony kontakt z lokalną społecznością.

Efekt takiego podejścia widać wtedy, gdy porównamy na przykład Polskę i Szwecję. W tym drugim kraju objęte refundacją szczepionki oferowane są za darmo, ale rodzice nie mają obowiązku szczepienia dzieci. Mimo to średnia wyszczepialność w Szwecji wynosi 97,5%. Tymczasem w Polsce, mimo obowiązku szczepień, działania ruchów antyszczepionkowych sprawiły, że wyszczepialność na jedną z najbardziej zakaźnych chorób świata, odrę, spadła do poziomu zagrażającego odporności zbiorowiskowej, osiągając 92,4% (dla dawki przypominającej), podczas gdy zalecany poziom wynosi 95%.

Jak widać, pojęcie „obowiązku” może być zastąpione poczuciem odpowiedzialności. Jeśli jednak tak się nie dzieje lub w danym społeczeństwie nie ma poczucia zbiorowej odpowiedzialności, bezpieczniej pozostać przy obowiązku.

Poza kwestią mentalności zasadnicze znaczenie ma sytuacja epidemiologiczna w danym kraju. Czyli, w uproszczeniu, to, jak duże jest ryzyko zakażenia daną chorobą i jakiej grupy ono dotyka. Dla każdej choroby i szczepionki ta sytuacja wygląda nieco inaczej, nie będę więc zajmował się każdym przypadkiem. Spójrzmy na gruźlicę, szczepionka przeciw której budzi szczególne wątpliwości. Dlaczego? Bo w wielu krajach nie jest obowiązkowa, a w dodatku podaje się ją w Polsce bardzo wcześnie.

Po co gruźlica, po co błonica?

Szczepienie przeciwko gruźlicy jest u nas obowiązkowe i podawane dziecku po urodzeniu, przed wypisaniem z oddziału noworodkowego. Dlaczego tak jest? Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia z powszechnych szczepień przeciw gruźlicy można zrezygnować, gdy spełnione zostaną odpowiednie kryteria. Jednym z nich jest moment, gdy „zapadalność na gruźlicę płuc z dodatnim wynikiem bakterioskopii plwociny wynosi ≤5 na 100 000 w 3 poprzedzających latach”. Tymczasem w Polsce wynik ten wynosi 6,4. Podobnie nie spełniamy pozostałych kryteriów, takich jak ogólna zapadalność na poziomie ≤10 na 100 000 ludzi. W Polsce współczynnik ten dla gruźlicy wynosił 14,3 w 2018 roku.

Problemem jest też położenie geograficzne Polski i przepływ ludzi – Ukraina należy do krajów, gdzie epidemia gruźlicy trwa, a chorych jest około 40 000 osób, wysoki jest też odsetek szczepów wielolekoopornych.

Dlaczego dzieci szczepione są tak wcześnie? Bo szczepienie najskuteczniejsze jest przed pierwszym kontaktem z prątkami gruźlicy. Przy poziomie zachorowań, jaki mamy w Polsce, takie ryzyko jest na tyle wysokie, by podawać szczepionkę jak najwcześniej, na pewno przed opuszczeniem szpitala. Szczepionka przeciw gruźlicy ma również zapobiegać groźnym dla dzieci gruźliczym zapaleniom opon mózgowo-rdzeniowych oraz formie rozsianej (prosówce). Jednocześnie nic nie potwierdza tezy, że tak wczesne podanie ma jakikolwiek negatywny wpływ na organizm.

Inaczej sprawa ma się z błonicą. To choroba, która praktycznie nie występuje w Polsce – od 2001 roku nie zanotowano zachorowań. Jaki sens ma więc w tym przypadku obowiązek szczepień? 

W tym wypadku chodzi o nosicielstwo. Bakteria wywołująca chorobę, maczugowiec błonicy, może być przenoszony przez osoby zaszczepione. U takiego nosiciela nie występują żadne objawy chorobowe, jednak patogen może zakazić osobę niezaszczepioną i wywołać u niej chorobę. Jak czytamy w serwisie Szczepienia.info:

“Dowodem takich sytuacji były m.in. zachorowania dzieci nie szczepionych przeciw błonicy, które wystąpiły w marcu 2016 roku w Belgii oraz w czerwcu 2015 r. w Hiszpanii. Obydwa te przypadki zakończyły się zgonem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w obydwu tych krajach nie odnotowywano przypadków błonicy od wielu lat, przy czym w Hiszpanii był to pierwszy przypadek tej choroby od 30 lat”

Widać więc, że każda choroba ma inną historię i inne powody, dla których szczepienie jest obowiązkowe. Kalendarz szczepień jest często rewidowany i na podstawie danych epidemiologicznych podejmowana jest decyzja o tym, kiedy i jakie szczepienia podawać.

Niebezpieczne, nierozważne słowa. Albo…

Mamy więc dwojakiego rodzaju argumenty – twarde, medyczne, wynikające ze statystyki zachorowań i specyfiki danej choroby oraz miękkie, oparte na kulturze zdrowotnej, zaufaniu do lekarzy czy rozumieniu poczucia obowiązku. Pozostaje też kwestia bezpieczeństwa dzieci – rodzice niebędący specjalistami nie są w stanie ocenić, czy dana szczepionka jest dla ich dziecka korzystna czy nie. Dzieci nie są własnością rodziców, a państwo ma chronić zdrowie i życie każdego obywatela, również niepełnoletniego. 

Dlatego słowa prezydenta mówiącego, że „absolutnie nie jest zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych” są tak niebezpieczne i nierozważne (lub politycznie cyniczne – nie chcę tego oceniać). Brak tu jakichkolwiek argumentów potwierdzających taką tezę (chwilę później Andrzej Duda mówi „nigdy się nie zaszczepiłem na grypę, bo uważam, że nie”). Pozostaje opinia prawnika, który wyraźnie wykroczył poza swoje kompetencje.

Zdjęcie: Radosław Czarnecki (CC BY-SA 4.0)

Nie ma więcej wpisów