captcha image

Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

Nic tak nie psuje podróży, jak ból głowy i nudności spowodowane chorobą lokomocyjną. Próbujemy jej zaradzić sięgając po środki farmakologiczne, podjadając imbir czy stosując opaski uciskowe na nadgarstki. Nie zawsze jest to wygodne, nie zawsze działa, dlatego naukowcy wciąż szukają skutecznego sposobu na tę przypadłość. Najnowsze patenty są zapowiedzią, że dobre samopoczucie podczas podróży zapewnią nam nie leki, ale… samochód.

Ja sam nigdy nie cierpiałem na chorobę lokomocyjną, ale systematyczne pranie dziecięcego fotelika nie należy do moich najprzyjemniejszych „wyjazdowych” wspomnień. Dzieci właściwie już tę przypadłość mają chyba za sobą, ale nudności jeszcze czasem dają im o sobie znać, np. kiedy dla zabicia nudy oglądają podczas podróży film na leżącym na kolanach tablecie.

Dlaczego tak się dzieje?

Naukowcy nie są zgodni*. Jedno z wyjaśnień (polecamy lekturę książki dr. Deana Burnetta “Gupi muzg. W co tak naprawdę pogrywa twoja głowa?” – tu nasza recenzja) mówi, że nasz mózg podczas jazdy reaguje tak, jakby do naszego organizmu dostała się trucizna. Skoro coś nas zatruło, to najprościej jest się tego pozbyć wyrzucając z żołądka wszelkie toksyny. Stąd właśnie biorą się nudności i wymioty. A skąd bierze się trucizna? Przecież w rzeczywistości nic nas nie zatruło.

Tak faktycznie jest, ale nasz mózg płata nam niezbyt przyjemnego i kłopotliwego figla, bo czuje się oszukany. Choroba samochodowa, morska lub każda inna lokomocyjna najprawdopodobniej bierze się z tego, że mózg dostaje sprzeczne komunikaty o tym, co dzieje się z naszym ciałem. Przecież z jednej strony, kiedy siedzimy w samochodzie, to się nie poruszamy. Mówi to mózgowi większość zmysłów, ale błędnik wie swoje. Zgromadzony w nim płyn porusza się i wysyła do wzgórza, naszej centralnej stacji przekaźnikowej gdzie weryfikowane są bodźce zmysłowe (poza węchem), informację, że jednak jest inaczej. W końcu ucho wewnętrzne jest doskonałym miernikiem przyspieszenia liniowego i nie kłamie.

Jedne zmysły swoje, błędnik swoje i w efekcie wzgórze interpretuje te sprzeczne informacje jako chorobę, działanie toksyny, której trzeba się – dla naszego bezpieczeństwa – jak najszybciej pozbyć. Tyle, że nie stoi za tym żadna substancja (np. nadmiar alkoholu), a nieprzystające do siebie bodźce. Nie bez powodu zresztą mówi się, że by przezwyciężyć chorobę lokomocyjną, lepiej nie trzymać głowy pochylonej w dół, nie wpatrywać się w książkę. Takie zachowanie jeszcze bardziej odizolowuje nas od tego co w rzeczywistości się dzieje, dlatego zdecydowanie lepiej jest patrzeć przez oknom, najlepiej na oddalony punkt i przynajmniej zmysłem wzroku „widzieć” ruch.

System przeciwdziałania chorobie w pakiecie z samochodem

Nie tylko naukowcy, ale też firmy zajmujące się rozwojem samochodów autonomicznych szukają sposobów na walkę z chorobą lokomocyjną. Trudno się temu dziwić, kiedy szacuje się, że około 25-40% populacji cierpi na jakiś rodzaj choroby lokomocyjnej.
A ta może być jeszcze bardziej odczuwalna w samochodach autonomicznych. Docelowo ma zniknąć z nich kierownica, miejsce kierowcy zajmie kolejny pasażer, a nad bezpieczeństwem jazdy będą czuwać komputery. Pasażerowie będą musieli tylko wsiąść do takiego samochodu i poczuć się tak jak w domowym fotelu. Potem wystarczy tylko usiąść, oddać się lekturze albo oglądać film nie martwiąc się o nic. Problem w tym, że nie jest wcale powiedziane, jak w takim pojeździe będziemy siedzieć.

Może chcielibyśmy zasiąść wokół stołu, tyłem lub bokiem do kierunku jazdy? Będzie nam wtedy wygodniej, bardziej przyjaźnie, przytulniej. Tyle tylko, że wszystko wskazuje na to, że będzie to jeszcze większym problemem dla osób podatnych na chorobę lokomocyjną. Chyba, że producenci pojazdów autonomicznych skorzystają z patentu, który właśnie otrzymali Michael Sivak i Brandon Schoettle z University of Michigan.

Tak może wyglądać system zapobiegający chorobie lokomocyjnej wymyślony na University of Michigan. (screenshot z opisu patentu)

Ich pomysł na przeciwdziałania występowaniu nudności podczas jazdy polega na dostarczeniu wprost do oczu pasażera takich samych bodźców wizualnych, jakie by trafiały do ich oczu gdyby patrzyli na zewnątrz samochodu. Patent opisuje dwa rodzaje rozwiązań. Jedno, prostsze, to okulary, które mielibyśmy nosić na głowie podczas jazdy samochodem przyszłości. Drugie to system świetlnych listew umieszczony we wnętrzu pojazdu (rysunek), które wysyłałyby bodźce wizualne zsynchronizowane z prędkością samochodu, tak by pasażerowie zawsze mieli poczucie tego, co dzieje się za oknem, nawet kiedy nie patrzą.

Czy to wystarczy, by nasz mózg nie dał się oszukać? Trudno powiedzieć. Musimy poczekać na wyniki badań. Z mojego doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że hasło „patrz przez okno” nie zawsze działa. Dlatego, może lepszy jest pomysł przedstawiony w patencie zgłoszonym przez Ubera (tego of „taksówek”). Tutaj oprócz sygnałów wizualnych informujących pasażerów o tym, jaki manewr za chwile wykona auto, jest również mowa o zsynchronizowaniu sensorów śledzących ruch pojazdu z systemem nawiewu powietrza (tu badania), z wbudowanymi w siedzenia systemem haptycznym i systemem audio. A to już cały arsenał, którym będzie można korygować błędne odczucia wielu zmysłów naraz.

Choć obydwa patenty powstały z myślą o przyszłych samochodach to nic nie stoi przecież na przeszkodzie, by znacznie wcześniej znalazły zastosowanie w normalnych autach. Nie miałbym nic przeciwko temu, by kupując samochód można było wybrać, obok podgrzewanych foteli czy automatycznego parkowania również pakiet „anty-choroba lokomocyjna”.

Źródło; Źródło 2; zdjęcie owierające: Skitterphoto

 

*Inną teorię ma dr Tom Stoffregen z University of Minnasota, który powodów choroby dopatruje się nie w uchu wewnętrznym, ale w „niestabilności postawy”. W normalnych warunkach, kiedy mocno stoimy na ziemi nasze ciało jest stabilne, ale kiedy zostanie poddane szybkim zmianom położenia w krótkim odstępie czasu, spowodowanych czy to kołysaniem się statku czy samochodu, zaczyna chorować. Stoffergen podczas swoich badań doszedł do wniosku, że na chorobę lokomocyjną bardziej podatne są osoby, których ciała gorzej radzą sobie z owym „kołysaniem”. Im bardziej ich postawa gubi rytm tego ruchu, tym gorzej (vide: kołyszący się chód marynarzy, którzy dostosowali się do warunków w jakich pracują).

 

Nowy patent przeciwko chorobie lokomocyjnej w samochodach
Podoba się? Oceń!

Czego u nas szukaliście?

Nie ma więcej wpisów