captcha image

A password will be e-mailed to you.

James Hansen w latach 80. jako pierwszy zaczął publicznie mówić o zagrożeniach ze strony globalnego ocieplenia wywołanego działalnością człowieka i jako pierwszy wystąpił z tym tematem przed amerykańskim Kongresem. Teraz ten sam James Hansen, klimatolog, astrofizyk i były dyrektor NASA, zdradza Crazy Nauce, co jego zdaniem można zrobić, by zmniejszyć tempo zmiany klimatu i poprawić naszą sytuację na Ziemi. A rozmowę ze słynnym naukowcem przeprowadziła niezawodna Krystyna Romanowska, dziennikarka i członkini organizacji FOTA4Climate 🙂

James Hansen. Fot. chesapeakeclimate / Flickr

Z prof. Jamesem Hansenem z Instytutu Ziemi na Uniwersytecie Columbia spotykam się w Berlinie na miesiąc przed zamknięciem trzech z sześciu sprawnych elektrowni atomowych w Niemczech. 80-letni naukowiec przyleciał z Ohio do Europy po to, by wziąć udział w StandUpForNuclear, proteście przeciwko tej decyzji niemieckiego rządu, organizowanym wspólnie przez niemiecką Nuclearię i polską FOTA4Climate.

Prof. Hansen podkreśla, że naszą sytuację na podgrzewającej się Ziemi może poprawić m.in.:

1. usłyszenie niewygodnej naukowej prawdy przez ogół społeczeństwa i polityków;

2. budowa elektrowni atomowych, rozwijanie OZE (czyli odnawialnych źródeł energii);

3. zaangażowanie młodych;

4. geoinżynieria.

James Hansen – ikona, lider, prekursor działań na rzecz klimatu

Profesor Hansen to właściwie legenda światowej walki o poprawę klimatycznego bałaganu. Klimatolog, astrofizyk, były dyrektor NASA, człowiek, który nie boi się mówić „nafciarze” o Georgu Bushu i Dicku Chenneyu i nie da złamanego dolara za sensowność działań proklimatycznych Joe Bidena w zakresie ochrony klimatu.

Przez całe popołudnie podziwiałam jego wyśmienitą kondycję i energię: przez kilka godzin cierpliwie udzielał wywiadów, wygłosił przemówienie ze sceny, słuchał aktywistów, odebrał nagrodę „Climate Hero” dla człowieka, który w 1988 roku jako pierwszy powiedział politykom w amerykańskim Kongresie o globalnym ociepleniu.

Kiedy zaczynał swoją publiczną działalność na rzecz klimatu, miał ponad 40 lat i był naukowcem z dorobkiem. Nie bał się mówić prawdy, nawet tej najbardziej niewygodnej, o faktach potwierdzających rolę ludzi w zachodzącej właśnie zmianie klimatu. Robił to nawet wtedy, kiedy – pełniąc w latach 80. funkcję szefa NASA był wielokrotnie uciszany przez Biały Dom i musiał zawiadamiać władze o każdym wywiadzie udzielonym mediom.

Pod koniec lat 80. mało kto oprócz Hansena i garstki innych naukowców miał świadomość tego, co dzieje się z klimatem Ziemi (wiedziały też o tym firmy paliwowe, ale trzymały te informacje dla siebie). W Polsce w 1988 roku wszystko obracało się wokół zmian politycznych: za rok miały odbyć się pierwsze wolne wybory, nikt nie miał pojęcia o emisjach CO2. Dziś, po ponad 30 latach od tamtych wydarzeń, z przykrością stwierdzam, że właściwie niewiele się zmieniło w kwestii działań na rzecz ochrony klimatu. Co może spowodować, że sprawy ruszą do przodu?


Sposób pierwszy: słuchanie prawdy i mówienie prawdy

Mam nadzieję, że nie musiał Pan meldować Białemu Domowi o naszym dzisiejszym spotkaniu?

[śmiech] Nie. Jestem już na emeryturze i mogę robić, co mi się podoba.

A co Pan robi?

Nadal mówię niewygodną prawdę, że przez ponad 30 lat nie zrobiliśmy ani kroku naprzód w walce z globalnym ociepleniem. Pamiętam, jak w 2004 roku miałem okazję rozmawiać z wiceprezydentem Dickiem Chenneyem w ramach grupy zadaniowej ds. energii klimatycznej powołanej przez Busha. Byłem dwukrotnie zapraszany do pracy w tej grupie – w rezultacie grupa ta została rozwiązana: Chenney był nafciarzem, Bush – także. Dlatego w Iraku chronili linie zaopatrzeniowe ropy naftowej. Próbowałem przekonać do walki z emisjami CO2 kandydata Demokratów – Johna Kerry’ego. Przez sześć miesięcy przygotowywałem wystąpienie o wzroście temperatury w oceanach, ale nie zdecydowali się straszyć ludzi globalnym ociepleniem – to nie był „sexy” temat. Tak jest do dzisiaj. Nie mam złudzeń co do działań Joe Bidena – nie nastąpi tu żaden przełom w polityce klimatycznej USA.

Czyli wygląda na to, że powoli urządzamy się w świecie na skraju katastrofy i nie mamy pomysłu, jak z niego wybrnąć. Czy wyobraża Pan sobie, co mogłoby ludziom dać porządnego kopa do działania?

Blackouty w Europie? Wysokie ceny energii? Dewastacja środowiska? Ale przecież to wszystko już mamy albo za chwilę będziemy tego świadkami. Dobrze, gdyby ludzie zdawali sobie sprawę z zależności między polityką i biznesem na polu energetycznym. W czyimś interesie leży samobójcze z punktu widzenia bezpieczeństwa i sprawiedliwości energetycznej zamykanie elektrowni atomowych w Niemczech. Na pewno nie leży to w interesie zwykłego Kowalskiego, który będzie płacił za wzrost cen energii podczas zakupów w każdym sklepie.

James Hansen przerywa i patrzy przez chwilę na swoje skarpetki. Są to skarpetki sportowe z emblematem jakiejś drużyny. Żona nie byłaby zadowolona, że przyszedłem w tych skarpetkach na wywiad, zwykle zakładam je wyłącznie do samolotu – uśmiecha się pod nosem.

Obiecuję mu, że ani słowa żonie.

Sposób drugi: elektrownie atomowe, odbudowanie bioróżnorodności

Od lat jest pan zwolennikiem budowania elektrowni atomowych, źródeł bezemisyjnej energii.

To jedyny sensowny środek na obniżenie emisji CO2. Trzeba by się więc zastanowić, skąd się wzięła w USA ta negatywna narracja na temat energetyki jądrowej? Oczywiście, na początku był wypadek w elektrowni jądrowej Three Mile Island. Nastąpiło tam częściowe stopienie rdzenia reaktora. Temat ten, spotęgowany potem przez awarię w Czarnobylu, stał się ulubionym tematem ekologów i ówczesnych młodych aktywistów, którzy za punkt honoru obrali sobie wzbudzenie w opinii publicznej strachu przed atomem.

Ale …. tak naprawdę nastroje antyatomowe to sprawka Hermanna Mullera, amerykańskiego laureata Nagrody Nobla z medycyny z 1946 roku. Ten naukowiec powziął postanowienie: zmusić rządy i opinię publiczną do nierozwijania broni jądrowej, twierdząc, że każda, nawet najmniejsza ilość promieniowania jonizującego jest szkodliwa dla zdrowia ludzkiego. I twierdził, że ma na to dowody laboratoryjne. Okazało się, że takich danych nie ma, bo bardzo trudno jest przeprowadzać eksperymenty przy niskim poziomie promieniowania. Problem w tym, że odróżnienie zmian w DNA wywołanych małymi dawkami promieniowania od tych zachodzących w wyniku np. obecności tlenu jest niezwykle trudne. Potrzeba na to dużo czasu, a Muller nie miał wtedy żadnych danych. Ale udało mu się przestraszyć ludzi, wszyscy się potem na niego powoływali. Z czasem ten sposób rozumowania wpłynął również na negatywne podejście opinii publicznej do energetyki jądrowej. Ekolodzy wystąpili przeciwko atomowi, co stało się rodzajem religii.

A przecież ślad środowiskowy energii jądrowej jest bardzo mały. Inwestycja w atom zapewnia nam zatrzymanie dewastacji środowiska i możliwość zwiększenia bioróżnorodności.

Sposób trzeci: zaangażowanie młodych

Średnia wieku podczas berlińskiego StandUpForNuclear nie przekraczała 35. roku życia. W Polsce mamy Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, na świecie – Extinction Rebellion. Pokłada Pan nadzieję w tej nowej sile?

Absolutnie tak, pod warunkiem, że ci młodzi ludzie będą naprawdę słuchać naukowców. Lubię Gretę Thunberg, jednak zdaje się mówić głosem swojego taty, który do tej pory nie poparł otwarcie rozwijania elektrowni atomowych. Siłą młodych ludzi jest ich energia, idealizm, znajomość mediów społecznościowych. Boję się tylko, żeby nie dali się zmanipulować. Tak, jak było w przypadku prezydentury Barracka Obamy – mnóstwo młodych głosowało na niego, mając nadzieję, że zrobi coś na rzecz walki ze zmianami klimatu i srogo się na nim zawiedli.

Pan już nie ma złudzeń, jeżeli chodzi o poczyniania polityków w sprawie klimatu…

Najbardziej żałuję, że politycy marnują energię młodych ludzi. W 2008 r., na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, wygłosiłem wykłady na kilku uniwersytetach – młodzi ludzie byli entuzjastyczni wobec Obamy. To dzięki entuzjazmowi młodych Obama pokonał wtedy Hillary Clinton w uzyskaniu nominacji prezydenckiej. Obama mówił dużo o „planecie w niebezpieczeństwie”, ale – moim zdaniem – nie zapoznał się z żadnym raportem na temat problemów klimatycznych, energetycznych, ekonomicznych i społecznych. Dlatego nie polecam słuchania tego, co mówią politycy.

Właśnie kończę książkę z myślą o młodych aktywistach. Będzie miała tytuł „Planeta Sophie” – mam 22-letnią wnuczkę Sophie. Wspólnie z nią zresztą pozwaliśmy amerykański rząd o działanie na niekorzyść przyszłych pokoleń – chodzi o dalszą eksploatację paliw kopalnych, która odbiera szansę na dobre życie następnym generacjom.

Uważa Pan, że działania aktywistów klimatycznych mają sens? Czy politycy zwracają na to w ogóle uwagę?

Takie działania są absolutnie potrzebne i niezbędne. Czy politycy zwracają na nie uwagę? Chciałbym, żeby tak było, natomiast mam wrażenie, że większość jest po prostu zajęta przetrwaniem do kolejnej kadencji i wygodnym ulokowaniem się na fotelu z napisem „elita”. Ale jak długo to jeszcze potrwa? Od jakiegoś czasu uważam, że realne jest powstanie siły politycznej, która skupia się na sprawach klimatu. Myślę, że mogłaby przejąć elektorat części społeczeństwa znużonej i rozczarowanej narracjami zarówno Demokratów, jak i Republikanów [w USA – przyp. CN].Oczywiście, o ile pozwoliłby na to amerykański system polityczny, który uniemożliwia powstanie partii centrowej. Kryzys energetyczny, jaki dzisiaj obserwujemy, jest wprost zagrożeniem dla demokracji. Dlatego nasza przyszłość może być powrotem do konserwatywnych wartości i prezydentury Donalda Trumpha.
Młodzi ludzie w swoich działaniach nie powinni też ulegać tzw. zielonym wartościom, które łatwo pomylić z greenwashingiem. Jeżeli wmawia się nam dzisiaj (słychać to wyraźnie w europejskiej narracji na rzecz popolaryzacji energi pozyskiwanej z gazu), że gaz jest „zieloną energią”, jest ekologiczny – to jednym z podstawowych przekonań mlodych ludzi powinnien być fakt, że gaz jest wysokoemisyjne.

Sposób czwarty: nie bójmy się geoinżynierii

Coraz częściej naukowcy mówią o tym, że nie zdołamy ograniczyć emisji CO2 inaczej niż dzięki geoinżynierii. Jednak aktywiści klimatyczni są niechętni takiej ingerencji.

Obawiam się, że nie mamy wyjścia. Lodowce w pobliżu Antarktydy topnieją, zwłaszcza jej części zachodniej. Rezultat? W strefach podzwrotnikowych, w tym w regionie Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu, w południowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych i części Azji Południowo-Wschodniej, jest tak gorąco, że nie można tam pracować na świeżym powietrzu. Nieuchronnie ludzie będą migrować z tamtych miejsc, podobnie jak ci, którym ocean zaleje domy (do końca stulecia poziom oceanów podniesie się o kilka metrów, a nie o metr, jak czytamy w raporcie IPCC). Nie można tego problemu rozwiązać przez zmniejszenie emisji CO2, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Dlatego w rejonach niezamieszkanych nad oceanem będziemy wtryskiwać do atmosfery rozpyloną wodę morską. Ten proces spowoduje rozrost chmur, zwiększenie odbicia światła słonecznego i zrobi się chłodniej. Zrealizowanie tego nie jest – wbrew pozorom – drogie i nie należy się go obawiać.

Jestem naukowcem przekonanym co do tego, że uda nam się jeszcze uratować planetę. Nigdy nie bałem się mówić i przekazywać tego, co wiedziałem o stanie nauki w zakresie badań nad klimatem. Żałuję, że nasza walka nie rozpoczęła się np. w latach XX ubiegłego wieku. Być może nie bylibyśmy dzisiaj tak technologicznie zaawansowani, ale o ile bezpieczniejsi. Nie musielibyśmy szukać dróg na inne planety, bo z naszą planetą żylibyśmy w jako takiej zgodzie. Ale wybraliśmy inną drogę i jako ona się skończy – naprawdę trudno mi powiedzieć.


Dziękuje FOTA4Climate, fundacji zrzeszającej polskich proatomowych aktywistów ekologicznych, dzięki której rozmowa z prof. Jamesem Hansenem doszła do skutku.

Nie ma więcej wpisów
%d bloggers like this: