captcha image

A password will be e-mailed to you.

Ubytek ponad 75 proc. owadów latających w Niemczech to bilans zaledwie trzech dekad. Co gorsza, naukowcy nie wiedzą dokładnie, co może być tego przyczyną. Pewne jest jednak to, że Niemcy nie są pod tym względem odosobnione i w Polsce dzieje się podobnie.

Ostatnie dni odciągnęły mnie trochę od bieżących wydarzeń naukowych. A przynajmniej jedno z nich było ważne na tyle, że muszę o nim napisać. Chodzi mianowicie o publikację przez niemieckich naukowców badań na temat drastycznego spadku liczebności owadów latających w tym kraju. Badacze z Towarzystwa Entomologicznego w Krefeld obliczyli, że w ciągu zaledwie 27 lat biomasa owadów latających skurczyła się tam o 76 proc., licząc sezonowo. Spadki liczebności będą jeszcze większe, jeśli spojrzymy wyłącznie na sezon letni, kiedy to sięgają 82 proc.

Co ważne: badania te nie były prowadzone w ośrodkach przemysłowych czy w ruchliwych centrach miast, ale w 63 obszarach chronionych, a więc rezerwatach czy parkach narodowych znajdujących się w zachodnich i wschodnich Niemczech. To tuż za naszą granicą, a wiele wskazuje na to, że i u nas jest podobnie. Innymi słowy: nie jest dobrze. A nawet jest bardzo źle.

Tak to zagadnienie w odniesieniu do Polski komentuje dla Crazy Nauki dr hab. Marcin Zych z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego:

Kłopot jest taki, że autorzy tych badań nie mają specjalnie pojęcia, co dokładnie się stało z owadami. U nas nikt nie prowadzi tak długiego i dokładnego monitoringu (a przynajmniej ja o tym nie wiem) więc byłyby to czyste spekulacje. Niemcy nie są jednak od nas oddalone o lata świetlne, więc należałoby przypuszczać, że podobne spadki możliwe są także w Polsce. Nie odstajemy dramatycznie od średniej, jeżeli chodzi o wykorzystanie np. pestycydów (bardzo prawdopodobny czynnik, którego autorzy nie byli w stanie przetestować), a nasze rozdrobnione rolnictwo, jak sądzę, tylko trochę łagodzi sytuację.

Być może doszliśmy do punktu, kiedy obok gatunków rzadkich, które objęte są różnymi formami ochrony, a poziom ich populacji jest dość wnikliwie obserwowany przez biologów (takie “wymarcia” słabo jednak wpływają na biomasę), zaczynają masowo ginąć owady pospolite, dotychczas występujące w dużych, stabilnych populacjach.

Szóste wielkie wymieranie?

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że wymieranie owadów latających to bardzo niepokojące zjawisko. Z oczywistych przyczyn cenimy sobie owady zapylające, których pracy zawdzięczamy 5-8 proc. produkcji roślin jadalnych na świecie. Według raportów Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN) w Europie jest obecnie zagrożonych wyginięciem 9 proc. gatunków pszczół i tyle samo gatunków motyli (które również zaliczają się do zapylaczy). Badania wciąż trwają i przynoszą bardzo nieciekawe wnioski: w niedługim czasie może wyginąć połowa gatunków europejskich pszczół.

Znamiennym przykładem tego, co oznacza brak zapylaczy, może być chińska prowincja Syczuan, w której w połowie lat 80. wyginęły pszczoły. Co roku tamtejsi rolnicy chwytają więc za miotełki osadzone na kijach oraz drabiny, i w mozole ręcznie zapylają drzewa owocowe. W wielu obszarach na świecie liczba pszczół w ostatnich latach drastycznie spadła.

A co z resztą owadów latających, poza zapylaczami? To one stanowią podstawę łańcucha pokarmowego. Żywią się nimi ptaki, nietoperze, a także wiele gatunków gadów i płazów. Nimi z kolei żywią się drapieżniki. Jeśli załamie się pierwsze ogniwo tego łańcucha, ucierpią wszystkie kolejne. A więc prognozy mówiące o tym, że jesteśmy świadkami (i sprawcami) szóstego wielkiego wymierania w dziejach Ziemi, zyskują właśnie realny kształt. Pierwszymi jego ofiarami stały się wielkie zwierzęta – drapieżniki i roślinożercy potrzebujący wielkich terytoriów.

Kto jest temu winny?

Ubytek owadów dostrzegamy z większym opóźnieniem niż np. wymieranie wielkich ssaków, bo też trudniej jest monitorować ich liczebność. W badanych obszarach regularnie rozstawiano standardowe pułapki Malaise’a, czyli specjalne konstrukcje z siatką przeznaczone do chwytania owadów latających. Obserwacje z ostatnich lat były na tyle niepokojące, że jeszcze zanim ukazała się publikacja w piśmie PLOS ONE, naukowcy prowadzący ten monitoring przedstawili jego dotychczasowe wyniki parlamentarzystom z Bundestagu.

Autorzy najnowszego raportu podkreślają, że zaobserwowane przez nich spadki liczebności owadów latających pozostają niezmienne bez względu na zmiany pogody czy różnice w typach siedlisk. Dodają, że nie znają konkretnych przyczyn wymierania owadów. Jest bardzo prawdopodobne, że winę za ten stan rzeczy ponosi intensywne rolnictwo, a więc otaczające rezerwaty uprawy monokulturowe, które wykorzystują duże ilości środków ochrony roślin. Mówiąc po ludzku, chodzi o wielkie obszary obsadzone pojedynczym gatunkiem roślin (zastępujące naturalne siedliska), które traktowane są dużą ilością pestycydów (m.in. czasowo zakazanych w Unii Europejskiej neonikotynoidów). Ich negatywny wpływ na owady latające wydaje się oczywisty, jednak naukowcy zachowują ostrożność w ocenach, bo brak potwierdzających to badań. Na podstawie tego, co wcześniej prowadzone analizy mówią o wymieraniu zapylaczy, można wymienić jeszcze kilka innych dużych zagrożeń dla owadów latających: patogeny, gatunki inwazyjne i zmiany klimatu.

Wychodzi na to, że do większości tych zagrożeń rękę przyłożył człowiek.

Źródło

Nie ma więcej wpisów