captcha image

A password will be e-mailed to you.

Siły natury nas przerażają. W starciu z nimi nasza wiedza, technologia i doświadczenie wielokrotnie okazują się niewystarczające. Przegrywamy co roku. Z powodziami, pożarami… wirusami. Czy po trwającej obecnie pandemii wirusa SARS-CoV-2 coś zmieni się w naszym respekcie dla otaczającego świata? Zapewne nie, ale na pewno będzie musiała zmienić się popkultura. Chociaż trochę. Dorośnie, wraz ze śmiercią części naszej niewinności.

Pierwsze ujęcie w filmie „Jestem legendą” z 2007 roku, to Emma Thompson mówiąca o przeprogramowaniu czegoś stworzonego przez naturę w taki sposób, by służyło człowiekowi. Scena udaje wywiad telewizyjny. Podpis na dolnej belce brzmi: „wirusowe lekarstwo na raka”.

Nowy Jork w „I am Legend”

Drugie ujęcie w tym filmie to opustoszały, zdewastowany Nowy Jork. Zalane ulice, setki porzuconych samochodów, gigantyczny billboard krzyczący żółtą czcionką: „KWARANTANNA – CHOROBA ZAKAŹNA”.

Nie mogę przestać myśleć o tych dwóch kadrach.

Ludzka natura

W „Jestem legendą” z Willem Smithem w roli głównej ludzkość zdziesiątkował genetycznie zmodyfikowany wirus odry, który zamiast niszczyć organizm, miał go ratować. Jak to często w filmach bywa, coś poszło nie tak i powstały… wampiry. Co poradzisz, pech.

W „Epidemii”, z 1995 roku, wirus z którym walczyli Dustin Hoffman, Rene Russo i Morgan Freeman, przypominał ebolę.

„Epidemia”

W „Genezie planety małp”, z 2011 roku, śmiercionośny okazał się lek na chorobę Alzheimera – ALZ-113.

W „Contagion – Epidemia strachu”, z 2011, był to odzwierzęcy MEV-1 łączący cechy grypy i wirusa Nipah (należącego do rodziny Paramyxoviridae, czyli tej samej, do której należą wirusy odry czy świnki, i mającego nawet 40-proc. śmiertelność).

Plakat filmu „Contagion”

Ten ostatni film, „Contagion” Stevena Soderbergha, jest prawdopodobnie najwierniejszym odwzorowaniem pandemii, jakie mogliśmy obejrzeć w wysokobudżetowym, spektakularnym filmie rodem z Hollywood. Twórcy naginają oczywiście fakty i podkręcają wszystko o kilka stopni, tak by filmowa woda osiągnęła szybko temperaturę wrzenia. Filmowy wirus jest groźny. Bardzo groźny. W 29 dni zabija 26 mln ludzi na całym świecie. W takim samym czasie rzeczywisty wirus SARS-CoV-2 (i powodowana przez niego choroba COVID-19) zabrał życie 132 osobom, a zainfekował „tylko” 6000. Fikcja jest „podkręcona”, ale jeśli chodzi o reprezentację powstawania pandemii, walki z nią, kwestii społeczno-ekonomicznych i zwykłych, ludzkich dramatów, jakie niesie ze sobą zabójczy wirus, to twórcy filmu odrobili pracę domową.

A mimo to ja wciąż nie mogę przestać myśleć o wampirach Willa Smitha.

Will Smith w „I am Legend”

„I am Legend” to nawet nie był szczególnie wybitny film. Był… OK. Francis Lawrence, reżyser, chciał tchnąć nowe życie powieść Richarda Mathesona, o tym samym tytule. Odrzucił trącące już mocno myszką, książkowe wampiry i zmienił je w tylko trochę inteligentne bestie. Moralne przemyślenia związane z budowaniem nowego społeczeństwa i brakiem miejsca dla tego, co przestarzałe, zminimalizował i tylko sugerował. Zostawił poczucie osamotnienia, bliskie szaleństwu, dodał Willa Smitha z karabinem, no i zostawił wirusa.

Używamy czegoś stworzonego przez naturę i zmieniamy to tak, by działało na korzyść ciała, a nie przeciwko niemu 

– mówi postać grana przed Emmę Thompson.

Od lat zastanawiam się, dlaczego ten dość przeciętny film tak bardzo utkwił mi w pamięci? Po czasie dochodzę do wniosku, że to przez wspomniane, otwierające go sceny. 

Nie wiem, czy to zabieg celowy, czy przypadkowy i w zasadzie nie ma to najmniejszego znaczenia, ale w słowach bohaterki i ujęciach opustoszałego Nowego Jorku następujących po nich, jest coś złowieszczego. I to nie tylko w ten oczywisty, zbudowany na kontraście sposób.

Boimy się natury. Szczególnie teraz, w XXI wieku. Gdy mamy w kieszeniach superkomputery, w domach klimatyzację, a na orbicie satelity. Jesteśmy panami świata… do momentu, aż przestajemy nimi być. 

Od momentu porzucenia koczowniczego trybu życia, a później dominacji monoteizmu człowiek wmawia sobie, że zerwanie więzi z naturą to dobra droga. Możemy ją naginać. Nawet łamać. Nie musimy się jej poddawać. W XX i XXI wieku wydaje się nam, że osiągnęliśmy już w tym mistrzostwo. Okiełznaliśmy atom, postawiliśmy miasta na pustyniach, zwalczyliśmy groźne choroby, nawet opuściliśmy tę planetę! Nic nie może nas zatrzymać!

Kubeł wody w postaci huraganów, suszy, powodzi, pożarów i innych klęsk żywiołowych nie wydaje się szczególnie zimny. Przegrywamy co roku, ale zawsze się podnosimy. Dajemy radę. Nawet obecny, najpoważniejszy w historii ludzkości, kryzys klimatyczny wielu z nas traktuje (zbyt) lekko. „Jakoś to będzie”. „Przesadzacie”. „To naturalne zmiany”. Itd. itp.

Myślę jednak, że w głębi się boimy. Że nasze poczucie wyższości jest złudne i podświadomie zdajemy sobie z tego sprawę. Strach przed bezwzględnością i potęga natury nas nie opuściły. Po prostu na chwilę go przyćmiliśmy za pomocą zachwytu nad naszymi osiągnięciami. Nie umiemy żyć w pełnej symbiozie ze światem. Przekształcamy go pod nasze potrzeby, ale nie jesteśmy jeszcze w tym tak dobrzy, by czasem nie dostać klapsa. Jesteśmy wtedy zdziwieni, zaskoczeni i bardzo szybko chcemy zapomnieć. Czasem się jednak nie da. Wtedy trzeba zmienić postrzeganie rzeczywistości.

Hollywoodzki sen

Filmy o pandemii tego czy innego wirusa towarzyszą nam od dawna. Do tej pory mogliśmy jednak ignorować nieprzyjemne swędzenie z tyłu głowy, jakie wywoływały. Traktować jako rozrywkę. Fantastykę naukową. Dzisiaj, teraz, kończy się to na naszych oczach.

James Cameron, zapytany kiedyś, dlaczego nie nakręcił kontynuacji filmu „Prawdziwe kłamstwa”, powiedział, że po wydarzeniach z 11 września 2001 roku taki film nie miał już racji bytu. Czysto rozrywkowe podejście do tematu terroryzmu w popkulturze skończyło bezpowrotnie jednego, konkretnego dnia. Przypuszczam, że dokładnie tak samo będzie teraz z popkulturową reprezentacją epidemii wirusów.

Boimy się ich od lat, ale do tej pory mogliśmy lekko ignorować. Wcinać popcorn, obserwując, jak Will Smith walczy z wampirami. Popijać colę, patrząc na Millę Jovovich kopiącą tyłki powstałym z wirusa zombie. Dopingować Bradowi Pittowi w poszukiwaniach źródła wirusa Z. Śledzić dramatyczne, ale bardzo „filmowe” zmagania Dustina Hoffmana polującego na uroczą małpkę kapucynkę, która nosi w sobie zalążki choroby.

„Epidemia”

Technicznie rzecz biorąc, ta małpka mogłaby kogoś ugryźć i przenieść wirusa śliną. Ale ogólnie rzecz biorąc, byłaby tak chora, że po prostu leżałaby i zdychała

– komentuje scenę z filmu „Epidemia” Brian Amman, specjalista od chorób zakaźnych z CDC.

Całun niewiedzy opada.

Green screen hollywoodzkiego studia wchodzi w kadr.

Nasza niewinność umiera.

I bardzo dobrze.

Jak na ironię, tego typu przełomowe momenty odbierające nam bezpowrotnie niewinność, dają też coś w zamian. Genialnie wpływają na popkulturę, a co za tym idzie również na naszą wiedzę. 

James Cameron nie wyobraża już sobie robienia dzisiaj „heheszków” z terroryzmu. I dobrze. Bo jakkolwiek nabijać można się ze wszystkiego, a humor nie powinien mieć żadnych granic, to jeśli staje się główną formą narracji, może być szkodliwy. Niektóre tematy po prostu są zbyt ważne, by były (tylko) niepoważne. 

Do tej pory filmy i seriale o wirusach uczyły nas głównie, że:

  • dobrym sposobem na walkę z wirusami są bomby, najlepiej atomowe,
  • wirusy mutują, a my razem z nimi – najczęściej do postaci zombie lub wampirów,
  • najgroźniejsze są wirusy z kosmosu,
  • strefy bezpieczeństwa i izolacja nie działają,
  • winne są: człowiek (nauka), natura lub kosmici,
  • jeśli coś „bryzgnie” ci w twarz, to już po tobie.
  • Trochę rzadziej uczyły nas, że warto myć ręce. 

To o tyle ciekawe, że od dawna wiemy już, że globalna pandemia zabierająca ze sobą tysiące istnień i miliardy przychodu brutto, to nie scenariusz filmu fantastyczno-naukowego, ale powtarzalna rzeczywistość.

Pewne są tylko trzy rzeczy – śmierć, podatki i pandemia grypy – powiedziała w netfliksowym programie „Explained – The next pandemic” doktor Allison McGee, była dyrektor chorób zakaźnych w szpitalu Mount Sina, w Toronto, w którym na początku 2003 roku SARS-em zaraziło się 47 pracowników i setki pacjentów. Wirus przywędrował z Chin.

Rzeczywistość dogoniła fikcję i zmienia ją na naszych oczach. Bakterie i wirusy nie przekształcą nas w wampiry. Najprawdopodobniej nie zrobią z nas też zombie (tym zajmą się pasożyty). Najgroźniejsze, jakie znamy, nie pochodzą wcale z kosmosu. Jest też mało prawdopodobne, by którykolwiek z krajów zdecydował się na zwalczanie pandemii za pomocą broni atomowej. Wirusy nie lubią ciepła, ale milion stopni Celsjusza w epicentrum eksplozji „atomówki”, to już drobna przesada.

Do tej pory popkultura zaskakująco rzadko starała się być realistyczna, w kwestii zagrożenia epidemiologicznego. Często udawała realizm, ale tylko na tyle, na ile wymagał tego dramatyzm. Teraz będzie się to musiało zmienić. My, odbiorcy, będziemy tego wymagać. Bo podobnie jak po 11 września 2001 roku zrozumieliśmy, że terroryzm to nie żarty, tak teraz rozumiemy już, że równie poważnie trzeba podejść do kwestii epidemii. Poważnie i realistycznie.

Nie bać się zombie i wampirów. Raczej paniki i niewydajnego systemu zdrowotnego państwa.

Nie kupować broni do walki z kosmitami. Raczej mydło i płyn dezynfekujący z 70% alkoholu.

Nie słuchać medialnej wrzawy, tworzonej dla podkręcania słupków. Ale nie ignorować też doniesień z rzetelnych, naukowych źródeł.

Być spokojnym, ale gotowym.

„Contagion” jest obecnie jednym z najpopularniejszych filmów na amerykańskim iTunes, a jego tytuł nie był tak często wyszukiwany w Google od dnia premiery w 2011 roku.

 

Podobnie jak treści dotyczące pandemii na Netfliksie.

 

Wirusy, epidemie i pandemie przestały być tylko rozrywką do kubełka popcornu. Informacje o nich stały się nagle naszą rzeczywistością i codziennością. Z całą brutalnością tego faktu. Chcemy wiedzieć więcej i szukamy tej wiedzy. 

Koniec niewinności

Włączam Netfliksa i puszczam jeszcze raz początek filmu „Jestem legendą”. Emma Thompson mówi o tym, jak wyleczyła raka za pomocą zmutowanej odry. Ostre cięcie i Will Smith jedzie czerwonym Mustangiem GT500 przez opustoszały Nowy Jork. Próbuje ustrzelić z okna sarnę za pomocą gigantycznego karabinu Colt AR-15, tylko po to, by chwilę później zdobycz oddać szczęśliwej rodzince lwów. 

Szanuję niezbyt subtelną, ale ładną metaforę. Stare kontra nowe. Technologia kontra przyroda. Człowiek kontra natura.

Jesteśmy pełni sprzeczności. Z jednej strony irracjonalnie i wbrew faktom wmawiamy sobie, że „to co naturalne, jest lepsze”. Z drugiej jednak, strach przed naturą jest u nas tak silny, że upychamy go głęboko, by przypadkiem zbyt często nie docierało do nas, że nasze panowanie nad światem jest zbudowane na wcale nie tak silnych fundamentach, jak byśmy chcieli. Te sprzeczności nie znikną. Nadal będziemy czytali nieprzemyślane wypowiedzi o tym, jak to GMO jest złe, „bo nienaturalne”. A chwilę potem dotrą do nas znowu głosy, by „czynić sobie ziemię poddaną”, no bo przecież jesteśmy gatunkiem wybranym. Nie, sprzeczności nie znikną. Ale po pandemii SARS-CoV-2 umrze odrobina naszej niewinności.

Musi.

I dobrze. Czas dorosnąć.

Sprawdzam aktualne statystyki dotyczące COVID-19. 150 potwierdzonych przypadków w Polsce, 169 387 na świecie.

Przewijam film na podglądzie i szukam sceny, w której Will Smith odkłada karabin i myje ręce przez minimum 20 sekund. Nie znajduję jej. Wyłączam. Szukam „Contagion” w serwisach VOD i czekam na to, co przyniesie jutro…

Czego u nas szukaliście?

0 0 vote
Article Rating
Nie ma więcej wpisów
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x