captcha image

Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

W Karkonoszach jest takie miejsce, gdzie samochody same wjeżdżają pod górkę, a wylana woda płynie w kierunku przeciwnym do spodziewanego. Mowa o ulicy w Karpaczu, gdzie podobno grawitacja jest o 4 proc. mniejsza niż gdzie indziej. Pojechaliśmy sprawdzić, czy to wszystko prawda.

Jedną z karkonoskich atrakcji turystycznych jest punkt, gdzie występują ponoć zaburzenia grawitacji. Informacje o nim znajdziecie na praktycznie każdej mapie turystycznej. Również w terenie to niezwykłe miejsce zostało doskonale oznaczone tablicami. Dla kierowców przygotowano nawet duży znak z „instrukcją obsługi anomalii”. Trzeba się zatrzymać, wrzucić bieg jałowy i zobaczyć, jak nasze ważące ponad tonę auto wtacza się samo pod górkę.

Anomalia na ulicy Strażackiej w Karpaczu.

Na tablicy umieszczonej przy chodniku możemy przeczytać, że „grawitacja jest powszechna, są jednak takie miejsca na Ziemi, w których jej prawa nie działają tak jak wszędzie”. Potem wymieniane są takie miejsca jak Gold Hill w Kanadzie, Jezioro Albańskie na Via dei Laghi, Languedoc we Francji, wyspa Czedżu w Korei Południowej i oczywiście Karpacz.

Quod erat demonstrandum po raz pierwszy, czyli to niesamowite…

Zabrzmiało to wszystko niesamowicie i nie pozostało nam nic innego, jak sprawdzić w praktyce. Zaczęliśmy od samochodu. Z góry zjeżdżamy do punktu „mocy”. Bieg wrzucamy na luz, a niewidzialna siła ciągnie auto w tył. Cała rodzina mówi: „Łał, to działa!”. Zjeżdżamy w dół, a ciągnie nas w przeciwną stronę.

Jak to możliwe?

Pytanie już padło i najprościej byłoby się posłużyć odpowiedzią z przeznaczonej dla żądnych sensacji turystów tablicy: w końcu tu jest o 4% mniejsza grawitacja… Skoro tak, to wiadomo, że tego sami nie sprawdzimy. Zapytamy o to eksperta, ale zanim to zrobimy, przeprowadzamy własne „grawitacyjne” eksperymenty.

Najpierw sprawdzamy, co dzieje się z położoną na jezdni butelką:

Potem obserwujemy, jak wylana z niej woda zamiast ściekać w dół, wbrew logice płynie pod górę:

Trudno nam dyskutować z tymi doświadczeniami. Do tego stopnia, że kiedy mówię rodzinie, że może jednak to nie jest pod górkę, tylko z górki, to słyszę: „Przecież widzisz, że jest pod górkę! Nie może być inaczej”.

Quod erat demonstrandum po raz drugi, czyli coś tu się nie zgadza

Kiedy moi oponenci relaksowali się po dniu wędrówki, ja nie daję za wygraną i wyposażony w GPS Garmina i telefon postanawiam sprawdzić, czy… tam w ogóle jest górka. Bo kiedy popatrzy się na mapę topograficzną w skali 1:10000 na Geoportalu, to wygląda na to, że ul. Strażacka biegnie właściwie po poziomicy.

W górę czy w dół?

Ciemno, nikogo nie ma na ulicy, można więc pobiegać z GPS-em i pomierzyć wysokość. Garmin, który raczej dobrze wskazuje wysokość, bo korzysta nie z GPS-u, ale z barometru, w podejściu pod górę pokazuje, że pomiędzy punktami A i B obniżyłem się o ok. 1 metr.

Niestety wycieczka w przeciwną stronę już tego nie potwierdza! Wniosek nasuwa się taki, że na ul. Strażackiej występuje bardzo mała różnica wzniesień. Różnicę o wartości 1 metra muszę uznać za błąd pomiaru.

Znacznik na wykresie wysokości odpowiada położeniu niebieskiej pinezki. Z tego wynikałoby, że droga od zielonej do niebieskiej pinezki jest pochyła.

Wysokościomierz w telefonie jest bardziej konsekwentny i pokazuje, że droga pomiędzy punktem A i B prowadzi w dół. To by wyjaśniało, dlaczego samochód się toczy, a woda spływa w stronę, w którą powinna. Tylko dlaczego całej rodzinie wydaje się, że jest inaczej? Ba! Nam wszystkim ta górka wydaje się nie niewielka, ale ewidentnie zauważalna!

Quod erat demonstrandum po raz trzeci, czyli oszust tkwi w naszej głowie

Skoro wszystkim nam się tak wydaje, to znaczy, że tak musi być. Z drugiej strony pomiar telefonem zdaje się temu przeczyć. Jeśli widzimy coś, czego nie ma, to oznacza, że ulegamy iluzji, złudzeniu optycznemu.

Bingo! Okazuje się, że „magnetyczne górki”, na których występują ponoć “zaburzenia grawitacji”, można spotkać na całym świecie (u nas np. w Wałczu, Walimiu czy na Górze Żar). Łączy je kilka wspólnych cech: przebiega przez nie droga, a „górka” występuje tuż przed linią horyzontu i/lub na łuku drogi. Za to, że ulegamy tak silnemu złudzeniu, odpowiada – a jakże – nasz mózg, który z braku zdecydowanych punktów odniesienia w linii horyzontu daje się oszukać. Zobaczcie, co zobaczyły nasze oczy:

Widok pod „górkę”

Widok „z górki”

Co widzicie? To samo co my? 

Teraz kliknijcie na ten tekst.

Teraz poddamy Wasze mózgi pewnej manipulacji. Na zdjęciach zmieniliśmy miejscami (użylimy de facto innego zdjęcia gór i koloru niebieskiego, symulującego niebo) to, co kryło się za horyzontem i u kresu drogi „w dół”. Czy nadal uważacie, że góra jest górą?

To wciąż ten sam widok pod „górkę”

To wciąż ten sam widok „z górki”

Ten dowód można przeprowadzić jeszcze w inny sposób, na wzór tego wyjaśnienia:

Droga “w górę” z usuniętym otoczeniem.

Jeśli nasze eksperymenty Was jeszcze nie przekonały, to tutaj przeczytacie, jak z „cudem natury” w Wałczu rozprawili się studenci Wydziału Nawigacji z Akademii Morskiej w Szczecinie. Na stronie niemieckiego Instytutu Badań Grawitacyjnych, działającego w ramach prywatnej fundacji GÖDE-Stiftung, można natomiast znaleźć dokument pokazujący wyniki pomiarów przeprowadzonych w Karpaczu. Badania z 2002 roku również każą uznać karkonoską anomalię grawitacyjną za złudzenie optyczne, ale ze względu na brak mocnych powiązań z instytucjami naukowymi należy podchodzić do nich z rezerwą.
Tutaj przeczytacie o jeszcze jednym eksperymencie, tym razem przeprowadzonym przez włoskich psychologów.

Czy “anomalie grawitacji” są możliwe?

Na koniec pozostaje jednak pytanie, czy anomalie tak silne, by poruszyć przedmiot, w ogóle są możliwe? Na to pytanie odpowiedział nasz autor i ekspert dr Michał Krupiński z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie:

Ładnych parę lat temu podpytywałem różne osoby o rzekomą “anomalię” pola grawitacyjnego w Karpaczu i wszyscy rozsądni ludzie byli zgodni, że jest to tylko ciekawa iluzja optyczna. Sam również przychylam się do takiej interpretacji. Dodatkowo osobiście wybrałem się na tę “cudowną” ulicę w Karpaczu i przekonałem się, że używając najprostszych metod, takich jak np. poziomica, można z łatwością sprawdzić, że całe zjawisko to tylko iluzja, a nie żadne zaburzenia grawitacji.

Natomiast same lokalne zmiany pola grawitacyjnego to w ogóle to bardzo ciekawy temat. Wiadomo nie od dziś, że nie w każdym punkcie na Ziemi pole grawitacyjne ma takie samo natężenie. Kierunek “pionu” też się zmienia. Zależy to m.in. od rodzaju skał pod gruntem i ukształtowania terenu. Obecnie takie lokalne zmiany jesteśmy w stanie bardzo dokładnie mierzyć i powstały nawet mapy Ziemi pokazujące, gdzie to pole jest silniejsze, a gdzie słabsze. Wystarczy wpisać w Google frazę “NASA GRACE“, żeby takie mapy obejrzeć.

Warto jednak zaznaczyć, że te zmiany są niewielkie i są absolutnie niewyczuwalne przez człowieka. Dodatkowo przestrzenna zmienność pola grawitacyjnego, czyli jego gradient, jest również bardzo mała i nie może tłumaczyć żadnych rzekomych “anomalii” i butelek turlających się pod górę.

 

Anomalia grawitacji w Karpaczu – badamy, dlaczego butelki toczą się tam pod górkę
4.4 (87.06%) 17 głosów

Czego u nas szukaliście?

Nie ma więcej wpisów