captcha image

Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

To jedna z najlepszych pozycji, jakie ostatnio czytałam: fascynująca, wartka opowieść o zachowaniach zwierząt, poparta setkami przykładów, skrząca się humorem i naprawdę dająca do myślenia. “Misterium życia zwierząt” Karstena Brensinga.

Każdej jesieni obserwuję żyjące na mojej ulicy gawrony, które z orzechami w dziobach, zdobytymi w ogródku u jednego z sąsiadów, siadują na wysokiej latarni nad jezdnią. Następnie ciskają orzechami o asfalt, choć to najczęściej nic nie daje – łupiny pozostają nienaruszone. Ale gawrony tak naprawdę liczą na coś innego: że po orzechach przejedzie samochód albo przejdę ja (bo zaczęłam celowo rozłupywać je butem) i dzięki temu będzie można wyjeść wydobyte ze środka smakowitości. Proste i genialne, prawda?

W ogóle gawrony to jedne z moich ulubionych ptaków. Kiedy mieszkałam w Warszawie, widywałam je na jednym z ruchliwych skrzyżowań z sygnalizacją świetlną, jak siadywały nad przejściem dla pieszych i celowo upuszczały na nie orzechy. Kiedy przejechały już samochody i zapaliło się dla nich czerwone światło, gawrony ze spokojem zlatywały na jezdnię i wyjadały rozgniecione orzechy, dopóki nie włączyło się znów światło zielone dla aut. Wówczas sytuacja się powtarzała.

Bez przesady można powiedzieć, że inteligentne gawrony używają samochodów jako dziadków do orzechów, czyli – narzędzi. I nie jest to moja nadinterpretacja, bo takie same zachowania badacze zaobserwowali u wron w Japonii. Badania trwały tam blisko 30 lat, w czasie których metoda ta rozpowszechniła się szeroko u wron w tym kraju. Naukowcy doszli do wniosku, że te działania u ptaków noszą znamiona mechanizmu kulturowego przekazywanego sobie przez ptaki z pokolenia na pokolenie. Czyżby i polskie gawrony niezależnie rozwinęły podobną kulturę używania samochodów jako dziadków do orzechów? Po przeczytaniu nowo wydanej książki „Misterium życia zwierząt” Karstena Brensinga jestem jak najbardziej skłonna przyjąć takie założenie.

Na tym filmie możecie zobaczyć, jak japońskie wrony wykorzystują samochody do zgniatania orzechów:

Ale jakie „misterium”?

Tak wiem, co część z Was właśnie sobie pomyślała. „Misterium”, „tajemnica” – te hasła sugerują raczej jedną z tych modnych ostatnio książek, które o przyrodzie opowiadają w irytująco uduchowionym i mało naukowym tonie. Tyle że książka Brensinga do tego nurtu nie należy. Autor to niemiecki biolog morski i doktor etologii (dziedziny zajmującej się badaniem zachowań zwierząt), człowiek solidnie osadzony w naukowym świecie i podpierający każde ze swoich stwierdzeń badaniami naukowymi z dziedziny biologii behawioralnej, neurologii, genetyki czy psychologii.

A cała zawarta w tej książce „tajemniczość” wynika tak naprawdę z naszej ludzkiej nieznajomości tego, jak złożona potrafi być natura zwierząt. Na jej tle my sami wcale nie jawimy się jako „korona stworzenia”, mimo że jesteśmy o tym przekonani od wielu wieków. W podobny sposób o zwierzętach pisze słynny prymatolog Frans de Waal, autor „Bystrego zwierzęcia” czy „Małpy w każdym z nas”. Odnoszę jednak wrażenie, że „Misterium życia zwierząt” Brensinga czyta się łatwiej i szybciej, a książka ta zmniejsza dystans między autorem i czytelnikiem w porównaniu z klasycznymi już tytułami de Waala.

Brensing rzeczowo pokazuje, że zwierzęta nie pozostają daleko w tyle za osiągnięciami ewolucyjnymi Homo sapiens: również sprawnie porozumiewają się, analizują, korzystają z narzędzi, tworzą złożone społeczności, potrafią kochać, być altruistami, a także spostrzegają siebie w lustrze.

Tworzą też własne mechanizmy kulturowe – nie tylko gawrony i wrony, ale też na przykład orki, które żyją w kulturze sięgającej blisko 700 tys. lat. Wykazały to badania genetyczne prowadzone na trzech populacjach orek żyjących u zachodnich wybrzeży Kanady, dzięki którym wiemy, że właśnie w tym czasie linia orek wędrownych oddzieliła się od pozostałych dwóch linii – orek osiadłych i tych z wód otwartych. Różnią się obyczajami podczas polowania, a także tym, że orki wędrowne nie jadają ryb, tylko ssaki morskie, zaś orki osiadłe i żyjące na otwartych wodach – odwrotnie, żywią się wyłącznie rybami. Ten mechanizm kulturowy – bo nieuzasadniony niczym innym jak tylko obyczajem – jest tak silny, że zjedzenie czegokolwiek innego stanowi coś w rodzaju tabu.

Brensing opisuje, jak w 1970 roku schwytano trzy orki wędrowne dla delfinarium w Kanadzie i karmiono je wyłącznie rybami. Przez 75 dni zwierzęta nie tknęły pożywienia, aż jedno z nich padło z głodu, a dwa pozostałe w następstwie tego zdecydowały się zacząć jeść ryby. Śmierć głodowa w imię przekonań zdarza się wśród ludzi, ale żeby wśród orek? W świetle najnowszych odkryć to zachowanie zaczyna mieć uzasadnienie.

Gdzie nasza wyjątkowość?

Czytając książkę Brensinga, bardzo zwracałam uwagę na to, czy rzeczywiście udało mu się obronić tezę, którą odważnie stawia już we wstępie, a mianowicie, że my, ludzie, mamy naprawdę niewiele cech, które zdecydowanie odróżniają nas od zwierząt. W toku opowieści okazuje się, że należą do nich: zdolność do dobrowolnego zadawania sobie bólu (masochizmu), zażywania substancji odurzających, silna skłonność do podążania za ogółem wbrew naszym indywidualnym potrzebom i – najważniejsza z cech – bardzo wysoki stopień gotowości do współpracy. Tyle sobie wynotowałam i na tym na serio ta lista się zamyka. Wszystkie pozostałe cechy i uzdolnienia, z których jesteśmy tak dumni, dzielimy z innymi gatunkami.

Przykłady? Proszę bardzo. Brensing przytacza ich setki, jednak sporo miejsca poświęca ssakom morskim z racji tego, że przez wiele lat był konsultantem i szefem niemieckiego oddziału Whale and Dolphin Conservation. Jednym z przykładów jest historia przetrzymywanej w Institute for Marine Mammal Studies, delfinarium w USA, samicy delfina o imieniu Kelly, która wykazała się zaawansowanym poziomem myślenia strategicznego i kreatywności.

Otóż trenerzy nauczyli tamtejsze delfiny zbierać śmieci w basenie, a za każdy przyniesiony śmieć płacili im rybą. Zauważono, że Kelly wymyśliła sobie, żeby chować papierek „na później”, kiedy nie była akurat głodna. Ewidentnie rozumiała, że jest on walutą, którą może wymienić na pożywienie. Potem wpadła na jeszcze sprytniejszy pomysł: darła papierki na drobniejsze fragmenty i odbierała nagrodę kilka razy.

Ale później zrobiła coś jeszcze bardziej zadziwiającego. Kiedy przyniosła treserowi upolowaną przez siebie mewę, dostała od niego kilka ryb naraz. Wobec tego zaczęła używać zarobionych ryb jako przynęty do łowienia kolejnych mew, za które mogła dostać jeszcze więcej ryb. Gdyby była człowiekiem, stworzyłaby nieźle prosperującą firmę!

Zobaczcie, co nauka wie o inteligencji delfinów:

One i my

Łowić na przynętę potrafią też inne zwierzęta. „Niektóre gatunki mew i czapli, a być może również wron, rzucają rybom na przynętę na przykład jagody, piórka lub kawałeczki chleba. Pochodząca z Ameryki sówka ziemna przywabia żuczki krowim łajnem. Niektóre gatunki krokodyli przywabiają ptaki patyczkami kładzionymi na górnej powierzchni paszczy. Gdy lekkomyślny ptak upatrzy sobie taki właśnie patyczek jako najodpowiedniejszy do budowy gniazda, to już może zacząć żegnać się z życiem” – pisze Brensing.

Psy i konie wskazują swoim opiekunom pożywienie, kiedy chcą być nakarmione (moja suka Mikra zamienia się w siedzącą strzałkę, kiedy czekając na porę karmienia, całym swoim ciałem wskazuje szufladę z karmą). Myszy i szczury potrafią bezinteresownie ratować się z pułapek. Z kolei świnie wykazują wiele cech, jakie do niedawna przypisywaliśmy tylko naczelnym, a więc m.in. empatię, wyobraźnię przestrzenną, pamięć długotrwałą, zdolność uczenia się od siebie czy współpracy w grupie. Tymczasem przez całe życie trzyma się je w absurdalnie zatłoczonych chlewach, nie zapewniając nawet minimum czegoś, co określa się mianem dobrostanu zwierząt. Nie chcę tu prawić morałów o jedzeniu bądź też niejedzeniu mięsa, ale raczej skierować refleksję ku temu, czy i jak hodowla przemysłowa wpisuje się w naszą zwykłą ludzką przyzwoitość – zwłaszcza w świetle badań, o których tak szeroko pisze Brensing.

Autorowi można oczywiście zarzucić antropomorfizowanie zwierząt, czego zresztą on sam wcale nie uważa za zarzut. „Z mojego punktu widzenia całkowicie stosowne jest przenoszenie ludzkiego postrzegania uczuć na zwierzęta, gdyż biochemiczne podstawy tego zjawiska są takie same. Uważam też za uprawnione dostrzeganie analogii, gdyż zwierzęta w eksperymentach porównawczych mają porównywalne wyniki” – pisze Brensing.

Mnie to przekonuje, choć pewnie znajdą się sceptycy mający inny punkt widzenia. Ich prawo. Tym niemniej sądzę, że gdyby fragmenty tej książki uczynić lekturą obowiązkową w szkołach, to być może nasze naturalne środowisko i zwierzęta hodowlane doznawałyby mniej krzywd z naszych rąk. W każdym razie ja po przeczytaniu tej książki już nigdy nie spojrzę na nie tak jak przedtem.

Jeśli zachęciłam Was do przeczytania książki “Misterium życia zwierząt”, to możecie ją teraz kupić w księgarni Bonito z 25-procentową zniżką 🙂 Po kliknięciu w link wejdziecie na stronę z ceną wraz z przewidzianym rabatem.

“Misterium życia zwierząt”

Autor: Karsten Brensing

Wydawca: Wydawnictwo Amber

 

 

 

 

 

 

 

A na filmie poniżej autor “Misterium życia zwierząt” zachęca polskich czytelników do przeczytania jego książki:

 

Ta książka raz na zawsze zmieni twoje spojrzenie na zwierzęta. Moje zmieniła
5 (100%) 2 głosów

Nie ma więcej wpisów