captcha image

Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

I znów do moich rąk trafiła książka, od której nie mogłam się oderwać. „Ostatni oddech Cezara” to trzeci już wydany po polsku tytuł mojego ulubionego autora książek popularnonaukowych, Sama Keana. A teraz na wszystkie trzy możecie dostać zniżkę 😊

O szczegółach promocji przeczytacie pod tekstem!

Po książki Sama Keana sięgam z rosnącą fascynacją i uwielbieniem. „Dziwne przypadki ludzkiego mózgu” zachwyciły mnie niemal kryminalną narracją z historii neurochirurgii. „Znikająca łyżeczka” początkowo budziła nieufność chemicznym podtytułem, ale wciągnęła już na etapie wstępu (tak, jestem z tych, co to czytują wstępy, w przeciwieństwie do Piotrka). Brawurowe historie o bucie Mendelejewa, historii zatruć kadmem w Japonii czy o niekończących się sporach o pierwszeństwo odkryć pierwiastków sprawiają, że czyta się to jak dobrą powieść sensacyjno-przygodową.

Kean wyznaje, że od dziecka nic nie mogło zahamować potoku słów wydobywających się z jego ust. Czy siedział na fotelu dentystycznym, czy to akurat coś jadł, zawsze dużo opowiadał. Chyba z tego okresu wywodzi się jego skłonność do fantastycznie opowiadanych anegdot, często zaskakujących, ale ostatecznie bardzo dobrze uzasadnionych poruszaną tematyką. Przypuszczam, że nawet gdyby przyszło mu napisać książkę telefoniczną, to i tak byłaby ona zajmująca i warta przeczytania.

Przyznam jednak, że kiedy zabierałam się za kolejną książkę Keana „Ostatni oddech Cezara”, której głównym tematem jest powietrze, nabrałam wątpliwości, czy o samym powietrzu w ogóle da się stworzyć jakąkolwiek dłuższą opowieść, a co dopiero zajmującą. I powiem Wam szczerze: Kean znowu dał radę. A mi znowu szczęka opadła z zachwytu. Bo w powietrzu, oprócz azotu i tlenu, są również niewielkie ilości innych gazów. O nich wszystkich jest ta książka.

A rozpoczyna się nietypowo jak na opowieść o tematyce chemicznej – od dramatycznego opisu zabójstwa Juliusza Cezara, pisanego z punktu widzenia uczestnika id marcowych w 44 roku p.n.e. Niemalże słyszymy krzyki 60 zamachowców i skargę Cezara pod adresem Brutusa: „Ty także, mój synu?”. W finale tej sceny Kean wyjaśnia zagadkowy tytuł książki: robi skomplikowane wyliczenia na liczbach z dużą liczbą zer po przecinku, a na końcu stwierdza – pisząc o tym, chyba nie zdradzę zbyt wiele – że z każdym naszym oddechem wraz z 13 tryliardami cząsteczek powietrza wdychamy do płuc około jednej cząsteczki z ostatniego oddechu Cezara.

Erupcja Mount St. Helens z 1980 roku. Fot. Jack Smith

Erupcja Mount St. Helens z 1980 roku. Fot. Jack Smith

Przyznam, że nigdy nie myślałam o otaczającym nas powietrzu jako o czymś „używanym”, i to wielokrotnie. A przecież to jest to samo powietrze, którym oddychały również dinozaury czy jeszcze starsze stworzenia. Wdychamy też po około jednej cząsteczce z ostatniego oddechu Jezusa, i mieszkańców Pompejów, i ofiar Kuby Rozpruwacza, i Harry’ego Trumana – zarówno 33. prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak i jego imiennika, który – w zależności od scenariusza – spłonął lub wyparował (te zagadnienia zostały dokładnie omówione w książce) podczas jednego z najlepiej udokumentowanych wybuchów wulkanów w historii.

No, ale żeby nie było za dużo miodu, to będzie też łyżka dziegciu. Wybuch, który opisuje Kean, to erupcja Mount St. Helens, która w tej książce, podobnie jak w wielu innych polskich publikacjach, figuruje pod błędną nazwą góry św. Heleny. Nazwa wulkanu pochodzi bowiem nie od świętej Heleny, ale od miasta St. Helens w Anglii, którego baronem był brytyjski dyplomata, niejaki Alleyne Fitzherbert, na cześć którego nadano dymiącemu szczytowi w stanie Waszyngton taką, a nie inną nazwę.

Harry Truman przed swoim domem u stóp Mount St Helens niedługo przed erupcją. Źródło: USGS – USGS/Cascades Volcano Observatory, Vancouver, Washington

A wracając do Harry’ego Trumana, bimbrownika z czasów prohibicji w USA, który zbiegł przed porachunkami mafijnymi do podnóża Mount St. Helens, to jego historia wcale nie jest mniej interesująca niż historia jego prezydenckiego imiennika (i oczywiście ma ona związek z tematyką powietrza). Swoje pięć minut miał wiosną 1980 roku, kiedy to wulkan zabierał się do spektakularnej eksplozji, a Truman miał stać się jej najsłynniejszym bohaterem z przypadku. Kiedy władze zarządziły ewakuację mieszkańców, on ostentacyjnie ją zignorował, a geologów alarmujących o niebezpieczeństwie zwymyślał od mięczaków. Wulkan jednak nie zamierzał wybuchać na zawołanie, a reporterzy przez całe dwa tygodnie szukali wdzięcznego tematu do opisania, nic więc dziwnego że awanturny staruszek mieszkający zalewie 5 km od góry prędko stał się ich ulubieńcem. Udzielił wielu wywiadów i zapozował do wielu zdjęć, a następnie, dokładnie 18 maja 1980 roku o godzinie 8.32, stał się jedną 57 ludzkich ofiar erupcji.

Zabiła ona również około 7 tys. sztuk dużej zwierzyny zamieszkującej okolice góry. Wybuch o sile około 400 megaton trotylu (20 tys. razy większej niż pierwsza bomba zrzucona na Hiroszimę) wyrzucił w powietrze prawie jedną trzecią objętości góry, spowodował całkowite zniszczenie ponad 600 km² lasu, a kolejnych 300 nieodwracalnie zmienił. Słup popiołu miał wysokość 18 km, a wypchnięty z wnętrza góry materiał wulkaniczny pogrzebał Harry’ego Trumana pod kilkunastometrową warstwą (więcej o erupcji Mount St. Helens pisaliśmy w oddzielnym artykule).

Co ciekawe, ogromnego huku eksplozji Truman niemal nie usłyszał, bo skutecznie tłumiła go chmura odłamków i popiołu. W dodatku dźwięki uniosły się ku górze w „korytarzu” gorącego powietrza, więc większość hałasu przepłynęła nad jego głową i pomknęła dalej, docierając aż na odległość 300 km.

Ale co ta opowieść ma wspólnego z powietrzem? Otóż to właśnie wulkanom zawdzięczamy zasadniczą część tego, co można nazwać wczesnym, choć mocno toksycznym „powietrzem” naszej planety. „Nawet gdyby udało się nam przycupnąć gdzieś, gdzie nie poparzylibyśmy sobie paluszków u stóp, nie moglibyśmy oddychać ze względu na wydobywające się z wulkanów gazy” – pisze Kean. A były to przede wszystkim: para wodna, dwutlenek węgla, wodór, chlorowodór, dwutlenek siarki, metan, fluorowodór, siarkowodór i amoniak. Mocno niezdrowa mieszanka.

Tym niemniej te właśnie wyziewy przyczyniły się do powstania powietrza takiego, jakie znamy, bo wśród trucizn wulkanicznych znalazły się niewielkie ilości azotu, który obecnie jest podstawowym składnikiem powietrza. Inne gazy wulkaniczne z czasem zniknęły, reagując ze sobą lub ulegając rozkładowi, ale nie azot. On pozostał nienaruszony z powodu niezwykle silnych, potrójnych wiązań atomowych, w jakie jest wyposażony. To dzięki temu maleńkie porcyjki azotu wyrzucane przez wulkany stopniowo zebrały się w sporą ilość i dziś gaz ten stanowi 78 proc. zawartości powietrza.

A co z tlenem? Ten pojawił się na Ziemi znacznie później niż azot, bo jakieś 2,7 mld lat temu. Stało się to za sprawą organizmów jednokomórkowych — sinic, które oprócz fotosyntezy mają zdolność do fotolizy wody, w czasie której również wyzwala się tlen. Jednak to, co uznajemy za błogosławieństwo, dla całej masy królujących dotąd na Ziemi bakterii beztlenowych okazało się przekleństwem. Tlen był dla nich po prostu trucizną, co doprowadziło do jednego z największych wymierań w historii naszej planety, tzw. katastrofę tlenową. W niszy ekologicznej powstałej w miejscu bakterii beztlenowych w końcu rozkwitło życie takie, jakie znamy dzisiaj.

Ale mimo że tlen jest tak ważny dla nas, ludzi, jego odkrycie i głębsze poznanie wcale nie było łatwe i oczywiste. W historię tę wpisali się zarówno alchemicy, ofiary rewolucji francuskiej czy dawni naukowcy łapiący gazy w pęcherze wołów, jak i polscy uczeni z Uniwersytetu Jagiellońskiego – Karol Olszewski i Zygmunt Wróblewski – którzy jako pierwsi skroplili ten gaz. Stało się to w 1883 roku i wtedy też ci sami badacze skroplili również azot.

Albert Einstein i Leó Szilárd

Albert Einstein i Leó Szilárd

W historii badania gazów i tworzenia opartych na nich wynalazków nie brakuje też innych barwnych postaci. Zapisał się w niej m.in. Albert Einstein, który we współpracy z węgierskim fizykiem Leó Szilárdem opracował projekt innowacyjnej… lodówki działającej bez sprężarki. Przez historię gazów przewija się również Edward Lorenz, pionier teorii chaosu i mocno dyskutowanego „efektu motyla”, a także katastrofa „UFO” nad Roswell, wywoływanie deszczu poprzez ostrzeliwanie chmur jodkiem srebra czy występy sceniczne w Moulin Rouge niejakiego Josepha Pujola zwanego Pierdzielem, który potrafił przepięknie wypierdzieć „Marsyliankę”. Mam wymieniać dalej? Nie, resztę przeczytajcie już sami 🙂

Oto jedno z przedstawień Pierdziela:

Przy tej książce nie poczujecie się ani przez moment znużeni czy znudzeni. To będzie raczej jazda rollercoasterem po torach nauki i historii, jazda z wieloma zaskoczeniami i zwrotami akcji. Jeśli kochacie naukę i dobre opowieści tak jak ja, to „Ostatni oddech Cezara” na pewno do Was przemówi.

***

Jeśli zachęciłam Was do przeczytania „Ostatniego oddechu Cezara” albo/i pozostałych dwóch wydanych po polsku książek Keana, czyli „Dziwnych przypadków ludzkiego mózgu” i „Znikającej łyżeczki”, możecie je wszystkie kupić ze zniżką!

Zniżkę, dzięki której będziecie mogli zapłacić za każdą z tych książek 26,94 zł, otrzymacie, kiedy wejdziecie do e-księgarni Dadada.pl i podczas zakupu podacie hasło CRAZYNAUKA w polu z napisem „Jeśli posiadasz kod rabatowy…” (trzeba nieco przewinąć stronę w dół). Promocja trwa do 21 października 2018 roku.

Tytuł: “Ostatni oddech Cezara”

Autor: Sam Kean

Wydawca: Feeria Science

Książka, przy której zapiera dech w piersiach – „Ostatni oddech Cezara”
5 (100%) 2 głosów

Nie ma więcej wpisów